Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One direction fanfiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One direction fanfiction. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2015

Łamacze serc 1x14 You're not my happy ending

Oczami Vanessy:
Po tragicznej wycieczce, która jednak zakończyła się sukcesem, gdyż spotkałam Harry’ego, miałam pełno bąbli od ukąszeń komarów, więc jednak mogę ją mianować mianem „tragiczna”. Zużyłam chyba wszystkie preparaty na ukąszenia, Zayna, mam nadzieje, że się nie obrazi. Oczywiście, mogłam iść do apteki, ale to całe 100 metrów. Było zbyt upalnie, aby w ogóle wychodzić z domu. Gdy próbowałam ochłodzić się wyjętym lodem z zamrażalki, przykładając go do czoła, ktoś wszedł. Taa, zawsze w idealnym momencie. Jeszcze sobie pomyślą, że jestem normalna i mam takie same problemy jak wszyscy!
- Jestem idiotą. – powiedział Rodrick rzucając się na kanapę. Wywróciłam oczami. – Czy ty ochładzasz się lodem? – zapytał patrząc na mnie. – Jednak nie jestem aż takim idiotą, dzięki Van.
- Przypominam ci, że jestem jedyną osobą, która chce słuchać o twoich problemach. – powiedziałam ze słodkim uśmiechem.
- Nie. Jest jeszcze Steve. Ale jemu muszę za to płacić. – zmarszczył brwi. – Więc pozostajesz ty. Jesteś chociaż tańsza.
- Przysięgam, że jeszcze chwila… - starałam się zachować spokój, ale przy tym chłopaku jest to niesamowicie trudne.
- Dobra, już mówię. Pamiętasz Dzień ziemi?
- Jak mogłabym zapomnieć! Dzięki mojego kochanemu przyjacielowi Rodrickowi, mam dotąd ukąszenia po komarach, już nie wspominając, ze przeżyłam spotkanie z pająkiem i zgubiłam się w lesie.
- Wszyscy o tobie i Vic plotkowali. Stałaś się tam sławna. Teraz rodzice ostrzegają swoje dzieci, że jak nie będą ich słuchać to staną się tacy jak ty. – powiedział ze śmiechem, chodź wiedziałam, że mówił poważnie.
- Moje serce rośnie. – odpowiedziałam z dumą. W końcu się o mnie mówiło, wprawdzie wśród ludzi, którzy mnie nie obchodzą, ale to nie ma znaczenia. – I co w związku ze świętem ziemi?
- Poznałem tam kogoś… - zaczął Rodri, a ja mu natychmiast przerwałam.
- Czekaj niech zgadnę! Jakiego poczciwego staruszka z którym uciąłeś sobie pogawędkę na temat rozkładania namiotów? – rzuciłam z kpiną.
- Ha, ha. Bardzo zabawne. Poznałem tam chłopaka, młodego. W moim wieku. – zrobił nacisk na słowo „młodego”.
- Aha i zastanawiasz się nad tym jak Justin zareaguje jak się o tym dowie, co? Pozwól, że ja mu o tym powiem. – powiedziałam z ekscytacją, gdyż już sobie wyobraziłam jak dzwonie do Justina i mówię mu „Rodrick sobie kogoś znalazł, kto jest lepszy w łóżku od ciebie. Zegnaj suko bezpowrotnie!”
- Właściwie to nie… - odparł, a ja wydałam z siebie jęk rozczarowania. – Nie wiem czy coś z tego będzie, ale chciałbym spróbować. Jest tylko jeden problem.
- Jest brzydki? – wypaliłam. – Nie martw się. Jak mu zależy na tobie to przejdzie operację plastyczną.
- Co? Jezu, nie! Jest piękny. Chodzi o to, że nie mam jego numeru. Zapomniałem zapytać gdy się żegnaliśmy.
- Proste. Znajdź go na facebooku. – powiedziałam bezproblemowo.
- Nie mogę. Nie wiem jak się nazywa. – spuścił głowę. – Tam wszyscy mieli pseudonimy, wiem tylko tyle, że on sobie wybrał nazwę „Marco”. Nic po za tym o nim nie wiem.
Otworzyłam szeroko oczy! Rodrickowi od jakiś 3 lat spodobał się inny chłopak niż Justin, już nie mówiąc o tym, że przed Justinem też go kochał. Tak wiem to skomplikowane, ale Rodri od nastoletnich lat był jego fanem i w jego sercu zawsze był ten cholerny Justin! A teraz gdy w końcu spodobał mu się ktoś inny to on nawet nie spytał o imię i nazwisko. Jak bardzo trzeba być głupim? Nie wierzę!
- Żartujesz, prawda? – aż z wrażenia odłożyłam loda, który na marginesie prawie się rozpuścił.
- Chciałbym. – westchnął. – Co mam zrobić?
- Iść się leczyć? – rzuciłam bez zastanowienia. – Dobra, tak czy owak spróbuj go znaleźć w Internecie. Skąd wiesz? Może nawet teraz wysłał ci zaproszenie na facebooku, albo zaczął obserwować na twitterze. Zamiast więc narzekać rusz tyłek i weź mojego laptopa. Dobroczynnie ci go użyczę.
- Dzięki Van, jesteś wielka. – powiedział i pobiegł na górę do mojego pokoju. Co się dzieje z tym światem?
                                                                       ***
Siedziałam na kanapie z nogami na stoliku od kawy, a naprzeciwko mnie był wiatrak. To i tak było za mało, ponieważ na dworze temperatura sięgała chyba do 40 stopni! Moja głowa zaraz wybuchnie. Gdyby co chwilę ktoś nie wchodził do naszego domu to spokojnie mogłabym założyć bieliznę. Jak to mam jednak zrobić kiedy zaraz może pojawić się Steve z lornetką? Albo co gorsza może mnie nagrać i opublikować nagranie w sieci, chodź… to nie byłoby takie złe. Chociaż ludzie poznaliby mnie jako zapewne „napaloną kocicę”, „słodką zdzirę” lub jeszcze jakoś inaczej. Nie wiem jaki pseudonim wymyśliłby mi Steve, a wiem, że ma chłop wyobraźnię.
- Czy ty naprawdę przykładasz sobie mięso do czoła? – zapytała Victoria.
- Lód się już rozpuścił. – odpowiedziałam.
- Tak, to wiele wyjaśnia. – Victoria zajęła miejsce obok mnie nieprzekonana. – Wiesz może co Rodrick robi na górze w twoim pokoju? Rozumiem, że cię lubi, ale to chyba już przesada, co?
- Korzysta z mojego laptopa. – wyjaśniłam.
- Po co? Nie boisz mu się go dać? Zobaczy wszystkie twoje erotyczne zdjęcia.
- Hej! Nie robię sobie erotycznych zdjęć! – zaprotestowałam. – No dobra, robię. – wywróciłam oczami. – Rodrick szuka Marco. Wiesz, jakiegoś chłopaka którego spotkał na dniu ziemi.
- W twoim laptopie?
- W internecie! Vic, używaj czasami mózgu! Myślisz, ze mam w laptopie informacje o jakimś Marco!
- Zabrzmiało jak aktor porno. A o nim już Rodrick mógłby znaleźć informacje na twoim laptopie. – powiedziała w rozbawieniu. Nie skomentowałam tego. – Skoro pomogłaś Rodrickowi to i musisz pomóc mnie.
- Gdybym pobierała opłaty za każdą pomoc… - westchnęłam. – Ale w porządku. W czym rzecz?
- Kocham się w twoim bracie właściwie odkąd tutaj zamieszkałam. I to trwa już za długo. Muszę go jakoś zdobyć, a skoro to twój brat to najpewniej wiesz jak to zrobić. Co go pociąga? – Victoria spojrzała na mnie wyczekująco.
- Pół nagie modelki? – strzeliłam.
- Van, mówię poważnie. – moja przyjaciółka wywróciła oczami.
- A ja ci poważnie odpowiadam. Ale okey, mówiąc szczerze to każdy facet lubi jak dziewczyna interesuje się tym co on.
- A czym się interesuje Zayn? – zmarszczyła brwi.
- Dziennikarstwem głuptasie! Musisz pokazać mu, że masz do tego smykałkę i jesteś w tym dobra. Na dalsze instrukcje czekaj później. – powiedziałam kładąc się na kanapie.
- Okej. – Vic kiwnęła głową. – Dzięki, Van.
                                                                       ***
- Witaj zakochany! – powiedziałam wchodząc do swojego pokoju. Rodrick leżał na brzuchu na moim łóżku i wpatrywał się zaciekle w mój laptop. – Znalazłeś swojego wybranka?
- Trzy razy tak! – odparł szczęśliwy. Wręcz kipiała z niego radość. Wow, co ta miłość robi z ludźmi. Sprawia, że nie są zgorzkniałymi smutasami, którzy narzekają na wszystko dookoła. Yup, nigdy nie będę zakochana. Miłość niszczy wszystko.
- Pokaż! Jak wygląda? – rzuciłam się obok Rodricka na łóżko.
- Tylko jest jedno „ale” znalazłem moją bratnią duszę tylko to nie jest ten chłopak z dnia ziemi. – powiedział nieśmiało.
- Jak to? – spojrzałam na niego.
- W miedzy czasie gdy przeglądałem wszystkie portale społecznościowe napisał do mnie jeden chłopak i tak od słowa do słowa…
- O mój boże! – wykrzyknęłam łapiąc się za usta. – Mieliście cyberseks?
- Dobry boże, nie. – odpowiedział z odrazą. – Cyberseks jest obleśny.
- Wiesz, nie dowiesz się dopóki nie spróbujesz. – powiedziałam z uśmiechem. Rodrick jeszcze chwilę wpatrywał się we mnie, aż w końcu potrząsnął głową.
- A więc poznałem innego chłopaka i jest mega inteligentny i zabawny. Zaraz mu zaproponuje spotkanie.
- Jak wygląda? – dopytywałam się.
- Nie mam pojęcia. Nie umieścił zdjęcia. – podrapał się w tył głowy.
- Więc zapytaj go o nie. – poradziłam wzruszając ramionami.
- Pytałem, ale powiedział, że dla niego liczy się wnętrze a nie wygląd.
- A widział twoje? – zapytałam.
- Jasne. Cały czas dopytuje o nowe. Chyba mu się spodobałem. – powiedział zadowolony. Wywróciłam oczami. Naiwność Rodricka mnie czasami przeraża.
- Ten koleś cały czas ci udowadnia jak dla niego liczy się wnętrze. Jakie to słodkie. – powiedziałam ironicznie.
- Oj, czepiasz się. – mruknął.
- Zdradź może chociaż jego imię? Czy jego też nie chciał ci powiedzieć twierdząc, że to nie ma znaczenia. Liczy się wnętrze. – zakpiłam.
- Ma na imię James. – odparł posyłając mi złowrogie spojrzenie.
- Mhm i co ci napisał ten James? Że twoje oczy są odzwierciedleniem duszy, czy może twoja wewnętrzna aura wręcz kipi dobrem?
W odpowiedzi jednak Rodrick rzucił we mnie poduszką i kazał wyjść z własnego pokoju! No nie doczekanie. Jak to się ludzie rozpuścili ostatnio.
Oczami Victorii:
Poszłam za radą Vanessy i postanowiłam zacząć się interesować dziennikarstwem. Z racji tego, że Zayn pracuje w czasopiśmie plotkarskim, postanowiłam przeczytać wszystkie najnowsze plotki o gwiazdach! Zajęło mi to całe dwie godziny. Potem starałam się to sobie wszystko przyswoić i zadowolona z efektów mojej pracy poszłam do Zayna, który starał się zrobić kurczaka. Mhm, pychota!
- Cześć. Co robisz? – zapytałam, a dopiero potem ugryzłam się w język. To nie było dobre posunięcie. Przecież widać co robi.
- Kurczaka. – odpowiedział.
- Aha. Lubisz gotować, co? – zadałam kolejne pytanie.
- Jeśli porównać mnie z Vanessą to jestem w tym mistrzem. – powiedział z uśmiechem.
- I tak sobie gotujesz, co? – boże, jaką jestem skończoną idiotką. Nie umiem flirtować. Nie jestem w tym dobra. Jestem wręcz beznadziejna.
- Wszystko okey? – zapytał.
- Tak, tak jasne. – machnęłam nie dbale ręką. – Dlaczego uważasz, że jest inaczej? Bo zachowuje się dziwnie?
- Um, tak. – odpowiedział patrząc na mnie nie pewnie. Postanowiłam zmienić temat.
- Wiesz, że Bruce Jenner zmienił płeć! – powiedziałam to takim tonem, jak gdyby to była jakaś super nowość. Prawda jest tak, że cała Ameryka o tym wiedziała. – Teraz jest Caitlyn Jenner. Wyobrażasz to sobie? Jak można było ze wszystkich imion wybrać sobie takie okropne?
- Cóż, jemu pewnie się podoba. – powiedział wsadzając kurczaka do piekarnika.
- Taa. – mruknęłam myśląc, co jeszcze wyczytałam.
- Wiesz też, że Iggy Azalea się zaręczyła? Pierścionek był wart podobno miliony! Ja bym za to kupiła jedzenie dla biednych dzieci. – rzuciłam. – Jak można tak trwonić pieniądze?
- Kto bogatemu zabroni? – powiedział z wymuszonym uśmiechem.
- Słyszałeś pewnie o kontrowersyjnym występie Jennifer Lopez, co? Jesteś dziennikarzem, więc musisz to wiedzieć.
- Akurat o tym nie słyszałem. – odpowiedział chłopak. – Po za pracą nie interesuje się życiem innych. – dodał. Cholera! Teraz straciłam u niego wszystkie szansę. Ma mnie za jakąś obsesyjną idiotkę, która wkłada nos w nie swoje sprawy. 
- I słusznie. Ja też tego właściwie nie robię, ale tak obiło mi się o uszy. – powiedziałam i czym prędzej zmyłam się z kuchni. Vanesso Malik zapłacisz mi za to!
                                                                       ***
- Jak mogłaś mi to zrobić? – powiedziałam oburzona wchodząc do pokoju Vanessy.
- Ale co? – udawała jeszcze zdziwioną! Jakby nie wiedziała.
- Chciałaś zabawić się moim kosztem, co? Wiedziałaś, że po za pracą Zayn ma w dupie kto się z kim umawia, a ja zrobiłam z siebie idiotkę!
- Taa, bo mnie akurat obchodzi życie Zayna. – odpowiedziała ze śmiechem. – Wiem tylko tyle, że pracuje jako dziennikarz i reszta mnie w sumie nie obchodzi. A ty nie musiałaś robić z siebie idiotki. Chociaż nie, ty masz to we krwi.
No zaraz szlag mnie trafi! Zaczęłam chodzić wściekła po jej pokoju. Muszę się uspokoić, bo zaraz coś rozwalę. Nigdy nie miałam problemów z radzeniem sobie z gniewem. Aż do tej chwili.
- To co mam zrobić dalej? Jak go zdobyć?
Vanessa zaczęła się zastanawiać, albo udawać, że to robi.
- Hm, wiem też o moim bracie, że lubi robić tatuaże. Nawet bardzo. Więc zrób sobie jeden. Pokaż, że jesteś taka jak on. – wzruszyła ramionami.
- Nawet nie mam pojęcia gdzie jest studio tatuaży. – założyłam ręce na klatkę piersiową.
- Okej. Wielkodusznie pójdę z tobą. – westchnęła Vanessa. – Ciocia Van zawsze do usług.
- Dzięki. – mruknęłam niezadowolona.
Oczami Rodricka:
Jeszcze tego samego dnia umówiłem się z Jamesem w barze. Czekałem na niego podekscytowany, zamawiając drinka za drinkiem. Jednak koleś postanowił się spóźnić, więc po prostu siedziałem znudzony i samotny i obserwowałem śmiejących się ludzi wokół mnie. Prędzej się upije niż ten chłopak postanowi wpaść. Podpierałem głowę ręką i spojrzałem na zegarek na ręce. Zajebiście. Spóźnia się już równe 27 minut. Co jest z nim nie tak? Czyż nie oczarowałem go moimi seksownymi fotkami? Może po prostu się rozmyślił w ostatniej chwili? Cholera. Nie dosz, że nie wiem jak naprawdę nazywa się Marco, to w dodatku fajny chłopak mnie wystawił. No może nie jest taki fajny skoro mnie wystawił.
- Twoja randka nie przyszła, co? Znam to. – powiedziała młoda barmanka z tatuażami prawie na całym ciele, nalewając mi kolejnego drinka.
- Przyjdzie. – zapewniłem ją z wymuszonym uśmiechem. Nie oszukujmy się. Nie przyjdzie. Zastałem wystawiony. Tak, proszę państwa! Rodrick Newman został wystawiony. Cofamy się do podstawówki czy co? 
- Ile go już nie ma? – zapytała kobieta.
- 27, no teraz już 28 minut. – odpowiedziałem znudzonym tonem.
- Tak jak myślałam. Nie przyjdzie. – powiedziała dotykając mojego ramienia. – Przykro mi, chłopcze.
- Nic się nie stało. Pozwoli pani, że się upije aby to uczcić. – odparłem, a ona się uśmiechnęła kiwając głową.
Oczami Victorii:
Cholera. To jest ten dzień. Dzień w którym Victoria Lawrence zrobi sobie tatuaż dla chłopaka swoich marzeń! To nic trudnego, prawda? Po prostu tam pójdę i każe sobie wytatuować jakiś fajny wzór. Zayn zobaczy jacy jesteśmy do siebie podobni i sam zaproponuje randkę. Tak, ten plan jest idealny. Nie wierzę, że to robię, naprawdę. Sama siebie nie poznaje, ale miłość wymaga poświęceń. A ja właśnie to robię- poświęcam się.
- Idziemy? – powiedziała Vanessa, gdy zeszłam z góry. Kiwnęłam nie pewnie głową. Boże, boje się tak bardzo. Obym nie stchórzyła. Pamiętaj Vic, że robisz to dla Zayna. Dla nikogo innego! Tylko dla niego. Bo go kochasz i jest dla ciebie ważny. Dasz radę.
- Chodźmy.
Vanessa otworzyła drzwi, a tam niczym duch, w progu stal Rodrick. Wyglądał jak cztery nie szczęścia. Zawsze jego włosy są idealnie ułożone na lakier, a rurki, które nosi nie przepuszczają chyba powietrza. Tym razem było inaczej. Miał na sobie dresy i zwykłą koszulkę, a na jego włosach nie było ani grama lakieru.
- Wszystko w porządku? – zapytała Van.
- Nie. – jęknął wpadając do środka. – Nic nie jest w porządku. Jestem największym nieszczęśnikiem na świecie. Jestem beznadziejny, głupi i brzydki. No dobra, może prócz brzydki.
- Co się stało? Rodrick, nie mamy czasu. Victoria idzie zrobić tatuaż. – Van założyła ręce na klatkę piersiową i spojrzała na niego wyczekująco.
- Nie, właściwie to się aż tak bardzo nie spieszymy. Możesz mówić Rodrick jak najdłużej. – odezwałam się.
- Wystawił mnie! Rozumiecie? Wystawił! – krzyknął. – Więc się upiłem w barze i obudziłem się z mega kacem rano. Nawet nie chciało mi się ładnie ubrać. Spójrzcie na mnie! Istna tragedia. Wyglądam jak… jak Steve.
- Oj bez przesady. – machnęła ręką Vanessa. . – Nikt nie wygląda tak okropnie jak on.
- Ma rację. – wskazałam na Van kciukiem. 
- Dlaczego mnie wystawił? Czy jestem aż tak beznadziejny? – do jego oczu zaczęły napływać łzy.
- Dobry boże, nie. Tylko nie płacz. – Vanessa wywracając oczami podeszła do swojego przyjaciela i objęła go. – Jesteś przystojny, zabawny i mądry. A ten facet to świnia. Idź do mojego pokoju i napisz mu co o nim sądzisz.
- Masz rację. – odparł Rodrick pociągając nosem. – Prze okazji wspomnę, że umawiałem się z Justinem Bieberem.
- Nah, o tym możesz nie wspominać. – Van pokręciła głową. – Nie ma powodów by się tym chwalić.
Rodrick patrzył na nią przez chwilę bez słowa, a potem pobiegł na górę mrucząc, że dowali mu tak jak jeszcze nikt. Kiedyś ludzie dowalali sobie twarzą w twarz, a teraz robią to przez internet. Jak te czasy się zmieniają.
                                                                       ***
Kiedy znalazłyśmy się z Vanessą w studiu tatuaży, przebiegł mnie dreszcz po całym ciele. Rozglądałam się po pomieszczeniu, czując się nie swojo. To nie jest miejsce dla mnie, nie. Zdecydowanie nie. Zrobiło mi się wręcz słabo jak zobaczyłam te wszystkie przyrządy. Tutaj się robi tatuaż czy przeprowadza operację plastyczną?
- Zajebiste miejsce. – powiedziała Van zachwycona. – Och, tak ci zazdroszczę Vic!
- Tak? Więc zrób sobie ten cholerny tatuaż za mnie. – odpowiedziałam.
- Chcesz zdobyć Zayna? – zapytała, a ja kiwnęłam głową. – No, to nie marudź.
- Słabo mi. – powiedziałam i złapałam się oparcia kanapy. – To na pewno bezpieczne?
- W internecie pisali, że tak…
- W internecie? W internecie?! – krzyknęłam. – Nie wierzę, że zabrałaś mnie do miejsca chwalnego w internecie!
- Przepraszam. Na drugi raz zabiorę cię do studia o dennej rekomendacji. – mruknęła z ironią.
- Chyba muszę wyjść na świeże powietrze… - powiedziałam, ale w tym momencie nadszedł jakiś napakowany koleś.
- A wy czego tutaj szukacie panienki? – spytał protekcjonalnym tonem.
- Chcemy zrobić tatuaż. – powiedziała Vanessa. – A właściwie ona chce. – mówiąc to wypchała mnie przed siebie.
- Wiesz, że to będzie bolało? – mężczyzna posłał mi takie spojrzenie, jakbym była dzieckiem. No błagam! Nie jestem już małą dziewczynką.
- Domyślam się. – odpowiedziałam.
- I wiesz, że to będzie igła? – zadał kolejne pytanie.
- Robi jej pan ten tatuaż czy nie? – Van się zniecierpliwiła.
- Igła? – jęknęłam. – Od dziecka boje się igieł. – powiedziałam na głos. Cholera.
- Cóż, w takim razie nie sądzę, abyś była na to gotowa. Proszę przyjść jak wydoroślejesz, czyli za jakieś 20 lat. – powiedział mężczyzna wręcz z kpiną.
- Ona już jest dorosła! – powiedziała Vanessa podniesionym tonem. – Więc albo pan jej robi ten tatuaż albo… - nie skończyła mówiąc, ponieważ koleś podniósł ręce w geście obronnym.
- Już dobra, dobra. Zrobię. Ale jak wda się zakażenie to nie moja wina. – powiedział, a ja otworzyłam szeroko oczy. Zakażenie? Nie chce być zakażona. Cholerna Vanessa. Ciekawe na jakie forum internetowe musiała wejść, że znalazła tak beznadziejnego tatuażystę. Mój lęk wzrósł kiedy usłyszałam za sąsiednimi drzwiami jak jakaś dziewczyna się wydziera wniebogłosy, jakby jej jakąś straszliwą krzywdę robili.
- Nie wyrywaj się tak suko, albo igła mi ugrzęźnie! – krzyczał jakiś chłopak zza drzwi.
- Czy to na pewno salon tatuaży? – zapytałam wskazując na tamte drzwi. – Wie pan co? Ja jednak zrezygnuje. Do widzenia! – powiedziałam i udałam się  do wyjścia czym prędzej. Vanessa coś za mną krzyczała, ale nie zwracałam na to uwagi.
                                                                       ***
- Jak mogłaś mi to zrobić? – powiedziała gdy byłyśmy już w domu. – Ten koleś  miał naprawdę do ciebie anielską cierpliwość.
- To było jakieś popaprane miejsce. Cieszę się, że nie zrobiłam sobie tego tatuażu. – odpowiedziałam. – Musimy wymyślić jakiś inny sposób. – mruknęłam, zastanawiając się. Akurat w tej chwili z góry nadbiegł Rodrick, który wyglądał jakby wygrał los na loterii. Cały aż promieniował.
- Ten chłopak wysłał ci swoje zdjęcie i okazało się, że jest seksownym modelem? – strzelała Vanessa.
- Nie. Lepiej. Umówiliśmy się na drugą randkę!- powiedział radośnie. – Za dwie godziny więc idę się szykować. Wiecie, wtedy nie mógł bo coś go zatrzymało.
- Coś czyli żona? – zakpiła Van.
- Jesteś zazdrosna, bo ciebie nikt nie chce. Nawet z Loganem się ostatnio nie umawiasz. – odgryzł się. Zachichotałam pod nosem.
- Bo nie mam ochoty! Na razie chce odzyskać Harry’ego!
- Ciągle próbujesz, a efektów nie ma. – rzucił Rodrick na odchodne i wyszedł.
- Dupek. – mruknęła Vanessa, a zaraz potem jej twarz się rozjaśniła. – Wiem! Henna! Namalujemy ci tatuaż! Co ty na to?
- Na pewno to dobry pomysł? W końcu Zayn się połapie, że go nie mam tak naprawdę.
- Więc namalujemy go w miejscu, które na co dzień masz zakryte.
- Boże, o czym ty myślisz?
- O biodrze?
- Och, racja. – powiedziałam nieco uspokojona. – Okej, a więc to dzieła!
Oczami Rodricka:
Tym razem mieliśmy się spotkać w kawiarni! Boże, jaki ja byłem podekscytowany. W końcu mam szansę na kogoś normalnego, kto rozumie moje potrzeby. Wierzę, że ten chłopak to moja bratnia dusza. Byłem ciekaw tylko jak wygląda. W sumie wygląd niby nie ma znaczenia, no ale wierzyłem, że jest przystojny. Naszym znakiem rozpoznawczym miała być czerwona róża. Siedziałem z nią przy stoliku i czekałem. Zamówiłem latte i zastanawiałem się nad tym jak wygląda i jak przebiegnie nasze spotkanie, gdy nagle kogoś zobaczyłem.
- Dzień dobry. – powiedział jakiś staruszek, ubrany w garnitur. Miał może z 70 lat. Był cały siwy.
- Witam. – odpowiedziałem. – Pan wybaczy, ale ja na kogoś czekam.
- No wiem. – uśmiechnął się. – Swoją drogą myślałem, że jesteś trochę starszy, no ale może być. Co zamawiamy? – mężczyzna dosiadł się do mnie, a ja naprawdę nie wiedziałem jak zareagować.
- Przepraszam pana, ale moja randka zaraz tutaj dotrze. Więc gdyby mógł się pan no nie wiem, przesiąść? Może ktoś inny będzie skłonny do rozmowy. – powiedziałem najdelikatniej jak umiałem.
- No właśnie dotarła. – wskazał na siebie palcem, a ja zacząłem się krztusić kawą, którą piłem. Naprawdę, nie mogłem powstrzymać kaszlu. Po kilku sekundach mi przeszło.
- Chce mi pan powiedzieć, że… - nadal nie mogłem w to uwierzyć! To dlatego nie chciał wysłać zdjęcia! Gdyby to zrobił wiedziałby, że nigdy się z nim nie umówię! A to cwany dziad. Boże, tak mnie wkręcić. Dlaczego zawsze muszę być głupim, beznadziejnym i naiwnym Rodrickiem? Vanessa nie dałaby się. Od razu by wyczuła, że coś jest nie tak i wymusiła wręcz zdjęcie.
- Tak, to właśnie chce powiedzieć. – odpowiedział, nadal nie tracąc dobrego humoru. Może tak naprawdę to nie z nim pisałem, ale z chłopakiem w moim wieku, który postanowił sobie ze mnie zażartować? Proszę oby tak!
- O mój boże. – zdołałem tylko wykrztusić. – Pisałeś, że masz 23 lata… - wydukałem.
-Bo gdybym napisał, że właśnie skończyłem 68 to byś się ze mną nie umówił. – odpowiedział. Fakt.
- Jak mogłeś mnie tak okłamać?
- Ludzie kłamali, kłamią i będą kłamać. Ale skoro już tutaj się znaleźliśmy razem to zamówmy coś do jedzenia. Kelnerka! – krzyknął, a blond włosa dziewczyna do nas podeszła. – Poproszę kawę i szarlotkę. – powiedział, a dziewczyna przyjęła zamówienie i odeszła.
- Czy ty jesteś… to znaczy pan jest… gejem? – zapytałem nieśmiało. Facet zaczął się śmiać na cale pomieszczenie, aż zrobiło mi się głupio.
- Co? Chłopcze, ty naprawdę myślałeś, że jestem homo? Święty Jezu. Popłaczę się ze śmiechu zaraz. – powiedział. – Moja żona zmarła 3 lata temu i od tego momentu jestem samotny, dlatego umawiam się z ludźmi poznanymi przez internet.
- Nie mógł pan z kimś w swoim wieku?
- Rzadko można takich spotkać, a ty byłeś zabawny.
To nieco poprawiło mi humor.
- Ale zaraz… skoro nie chodziło panu o nic więcej to dlaczego chciał pan moje zdjęcia w bokserkach?
- Dla zabawy. – uciął. – A ty mi je głupcze wysłałeś! – znowu zaczął się śmiać. – Mogłem poprosić twoje nagie zdjęcia. Umieściłbym je na wiocha.pl Zdobyłbyś fanów jako nygus roku.
- Taa. – mruknąłem. Zrobiło mi się smutno. Naprawdę chciałem poznać jakiegoś fajnego chłopaka, a ten staruszek przez internet wydawał się być bardziej normalny niż w realu. – Wie pan co?
- Co naiwny dzieciaku?
- Żegnam. – mówiąc to wstałem z krzesełka i wręcz wybiegłem z kawiarni. Nie wierzę, że tak dałem się nabrać!
Oczami Victorii:
Vanessa starała mi się namalować jak najładniejszego tulipana na biodrze i w sumie jej się nawet udało. Był ładny. Potem poszłam się pochwalić moim cudeńkiem Zaynowi. Mam nadzieje, że i mu się spodoba i w końcu nasza znajomość ruszy na przód! Bo jak na razie stoi w wielkim miejscu.
- Hej. – rzuciłam.
- Hej. – odpowiedział znad laptopa.
- Patrz co zrobiłam. – mówiąc to podwinęłam bluzkę z dumą pokazując mu tatuaż.
- Wow, Vic…
- No wiem! I jest prawdziwy! Totalnie prawdziwy. Ani grama henny. – po tych słowach ugryzłam się w język. To nie było mądre z mojej strony, ale tak bardzo się stresowałam jak nigdy jeszcze.
- Rozumiem, ale… - znowu mu przerwałam.
- Wiem. Jest piękny. Zrobiła mi go… tatuażysta. Mężczyzna.
- Na pewno jest prawdziwy? – zmarszczył brwi.
- A co nie wygląda? – zdziwiłam się.
- Trochę ci się… rozlał.
Spojrzałam w dół. Jasna cholera! Rzeczywiście! Zabije Vanesse. Powinnam przestać jej słuchać. Ma do dupy pomysły. Teraz ośmieszyłam się przed Zaynem i pewnie ma mnie za ostatnią idiotkę na świecie.
- No dobra, nie jest prawdziwy. – mruknęłam. – Chciałam ci zaimponować. Bo cię lubię, wiesz? Nawet bardzo. I chciałam abyś w końcu to dostrzegł. Próbowałam też interesować się dziennikarstwem tak jak ty, ale zrobiłam z siebie idiotkę i teraz też, tylko jeszcze większą. Ale wiesz jak okropnie jest w salonach tatuażu? Jakieś dziewczynie prawie się zaklinowała igła. – powiedziałam wzdrygając się.
- Vic… Musimy porozmawiać. – Zayn odłożył laptopa i wstał. Staliśmy naprzeciwko siebie, a ja miałam nadzieje, że zaraz mnie pocałuje. - Rozumiem, że mnie lubisz i to naprawdę super, bo ja też cię lubię, ale chodzi o to, że… my nie możemy być razem. Nigdy, rozumiesz?
- Co? – myślałam, że dostane jakiegoś zawału.
- Chodzi o to, że jestem cynikiem. Nie wierzę w miłość, ani żadne rzeczy z nią związane i nie chce cię zranić, właśnie dlatego, że mi na tobie zależy. – powiedział dotykając mojego ramienia. – Przepraszam.
Zayn wyszedł z salonu, a ja zostałam sama. Nie wiedziałam nawet co mam powiedzieć czy zrobić. Kompletnie nic. Miałam ochotę się rozpłakać. Tyle starań poszło na marne, tyle miesięcy zmarnowałam, bo wyobrażałam sobie przyszłość z kimś kto nawet mnie nie kocha… kto nie chce nawet spróbować mnie pokochać.

_____________________________________________________________________
Ma szansę jeszcze być z Zaynem? :) 

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Łamacze serc 1x13 Earth day

Oczami Vanessy:
Jak ja nienawidzę tego dnia! Zapytacie pewnie co dzisiaj jest za dzień, cóż, dzisiaj jest święto ziemi. Zayn sprząta nasz ogród, kosi trawę i przycina drzewa. Victoria robi jakieś warzywne soki, what’s the fuck w ogóle? A gdy próbowałam wyrzucić plastikowe opakowanie po jogurcie do śmietnika to zaczęła krzyczeć, że chociaż raz w roku mogłabym posegregować śmieci. No chyba nie! Nie obchodzi mnie jakieś głupie święto ziemi. Nie będę segregowała śmieci, robiła dietetycznych soków, ani sprzątała na zewnątrz. Mam ochotę dzisiaj leżeć i nic nie robić. Po tym jak Harry mnie rzucił moje życie straciło sens, ale jednak postanowiłam się szybko otrząsnąć. Jeszcze będzie mój, nie wierzę, ze w jednej chwili przestało mu na mnie zależeć. Złość opadnie i mi wybaczy. Jestem tego pewna.
- Chcesz? – zapytała Victoria dając mi sok z marchwi.
- Ohyda. Nie. – odpowiedziałam.
- To sama wypije. – powiedziała wzruszając ramionami. Widziałam po jej minie, że średnio jej odpowiada. – Miałaś rację, że nie chciałaś go pić. – stwierdziła. – Okropny.
- Dlaczego w ogóle zaczęłaś robić te soki?
- Bo Zayn bardzo włączył się w akcję i chciałam aby zobaczył, że mnie też zależy. – odparła wzdychając.
- Tak go nie zdobędziesz, przykro mi. – powiedziałam dotykając jej ramienia, chodź nie było mi przykro. Miała u niego czystą kartkę i wcale nie nawaliła. Ja miałam gorzej. Będę musiała bardzo się postarać, aby odzyskać zaufanie Harry’ego.
- Gotowe na prawdziwą przygodę?! – krzyknął Zayn wlatując do kuchni jak burza. Spojrzałam na niego z miną „co jest do cholery?”
- Niech zgadnę: idziemy na wycieczkę po okolicy, aby posprzątać wszystkie śmieci! – wykrzyknęłam udając radość.
- Idziemy na wycieczkę, ale nie po okolicy tylko do lasu! Jeej! – powiedział podekscytowanym tonem. Jak można się cieszyć na wycieczkę do lasu? Jest tam pełno robactwa, które pałęta się dosłownie wszędzie. Nigdy nie wiesz też, czy czasem nie ma w planach zaatakować cię na przykład dzik.
- Ja nigdzie nie jadę. – odpowiedziałam.
- Oj weź Van. – jęknął mój brat. – Jak ty zawsze marudzisz. W sumie też bym tam nie jechał, gdybym nie miał zrobić reportażu o oddaniu hołdu ziemi, ale przemyślałem to sobie i nawet się cieszę. Ale w sumie, wiesz co? Jak chcesz to zostań sobie. Ja i Victoria na pewno tam pojedziemy, co nie? – Zayn popatrzył na nią wyczekująco, a moja przyjaciółka została wręcz zmuszona aby się zgodzić. Siła jego spojrzenia, była nie do pokonania.
- Jasne. Jedźmy. Co mamy w sumie do stracenia.  – odparła wzruszając ramionami.
- Cieszę się, że chociaż jedna osoba w tym domu jest normalna. – powiedział posyłając mi wymowne spojrzenie. Udałam, że go nie widzę. Może się walić i on i to spojrzenie.
                                                                       ***
Victoria i Zayn zaczęli się pakować do wyjazdu. Vic nie była zachwycona gdy dowiedziała się, że będą musieli tam nocować. Ha! Dobrze jej tak. Nie musiała się zgadzać, ale wiadomo, że poleci za moim bratem wszędzie. Próbuje mu się niepotrzebnie podlizać. Mogłaby od razu zaprosić go na randkę. Jestem pewna, że by się zgodził. Ja przeglądałam vouga i rozkoszowałam się myślą, ze tę noc spędzę w moim ciepłym łóżku, a nie pod namiotem, gdzie grasuje pełno robactwa. Brr. Ohyda.
- Jedziemy na kamping!! – rozległo się wrzeszczenie… o nie. Rodricka. Wywróciłam momentalnie oczami i próbowałam szybko wymyślić jakąś wymówkę, która by go usatysfakcjonowała. – Jedziemy na kamping! – powtórzył wlatując do salonu. – Spakuj jakieś ciepłe ciuchy, namiot, aha tylko nie można jedzenia. Zasady są twarde. Trzeba samemu upolować.
- Co? – momentalnie się roześmiałam. – Mam upolować sobie sama jedzenie? Rodri, przeceniasz mnie i moje możliwości. Nigdzie nie jadę. Zabierz się z Victorią i Zaynem. Ja zostaje w domu.
- No wiesz… słyszałem, że prawie cała okolica się wybiera, a w tym Harry…
- Serio? – wstałam gwałtownie z kanapy. – Dobra! Pakuj walizki. Jedziemy na kamping. – powiedziałam stanowczo, a Rodrick zaczął się cieszyć jak dziecko.
                                                                       ***
Dojechaliśmy na miejsce po pół godzinie. Aut było naprawdę sporo. Serio tylu osobom chce się nocować w niewygodnym i zimnym nocą lesie? Nie wierzę w ludzkość. Totalnie. Gdy wysiedliśmy musieliśmy iść jeszcze jakieś dziesięć minut. Co chwilę potykałam się o jakiś patyk na moich szpilkach, ale nie zamierzam ich zdejmować. Głupia ‘rada’ jak ją nazwał Rodrick, może mi naskoczyć. Nie będą mi wybierali obuwia.  Gdy doszliśmy na miejsce prawie wszystkie miejsca były zajęte przez namioty innych ludzi. Jedni się śmiali, drudzy narzekali, a jeszcze inni brali udział w tańcach chwalących ziemię. Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.
- Czy to nie Steve tańczy w spódniczce z liści? – powiedziała Victoria stając obok mnie.
- Proszę, powiedz, ze ja śnię. – wydukałam.
- Witajcie moi drodzy! – powiedział, zgaduje ‘guru’ tego całego stowarzyszenia. Miał około pięćdziesięciu lat i był łysy. Jedynie jego twarz pokryta była brodą. Miał na sobie długą, białą szatę. Wyglądał bardziej jak anioł, który stoi przy bramie nieba i ocenia czy twoje dobre uczynki pokonały te złe. – Moje serce jest wypełnione miłością, która zwiększa się z każdą napotkaną tutaj osobą! Jestem pełen dla was szacunku i wzrusza mnie, że postanowiliście wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Szczególnie ty Vanesso. Proszę, wpiszcie się na listę. – powiedział podając nam jakąś księgę i długopis.
- Dlaczego szczególnie ja? – odezwałam się oburzona. – I skąd znasz moje imię?
- Wszyscy cię znają Vanesso. – uśmiechnął się jak psychopata. – Jesteś bardzo popularna wśród naszych kręgów. Wszyscy się zastanawiamy jak cię przerzucić na ta dobrą stronę. Jednak mimo naszych najcięższych prób, poddaliśmy się.
- Aha. – to jedyne co zdołałam powiedzieć. Poważnie. Zatkało mnie. To jakaś sekta czy co? Nie wierzę, że zgodziłam się tutaj przyjechać, ale robię to dla Harry’ego no i Rodricka. Jestem pewna, że beze mnie by nie pojechał.
- Niech święta ziemia ma cię dziecko w opiece. – powiedział guru do Victorii, która się wpisała.
- Teraz ty, droga Vanesso. – podstawił mi pod nos księgę.
- Spasuje jednak. – odpowiedziałam.
- Możecie sobie wybrać wasze pseudonimy jeśli chcecie. – znów uśmiech psychopaty. – Tutaj lista dostępnych, a tutaj zaklepanych. – podał nam długą listę.
- Również spasuje. – powiedziałam siląc się na miły ton.
- A mnie się podoba Nicoletta. – powiedziała podekscytowana Victoria.
- Bardzo proszę. Od teraz nosisz taki pseudonim.
- Aaa widzisz? – zwróciła się w moją stronę. – Mów mi Nicoletta!
Ona naprawdę cieszy się z tak nic nie znaczącej pierdoły? No nic. Muszę poszukać Harry’ego. Rozejrzałam się wokół, ale nie mogłam oderwać wzroku od Steve’a. I nie dlatego, że był przystojny, ble. Tłuszcz wręcz wylewał się z niego. Jak mu nie wstyd tańczyć bez bluzki, w dodatku w czymś co może mu zaraz spaść? Założę się, że pod tą spódnicą nic nie ma. Nie mam ochoty oglądać jego nagiego ciała. Miałabym koszmary jeszcze przez długi czas.
- A więc chodźmy Nicoletto. – powiedziałam ciągnąc ją zanim ten cały guru zupełnie ją omami.
- Aha! Vanesso i Nicoletto! – wykrzyknął mężczyzna.
- Czego? – mruknęłam. – To znaczy, tak święty guru tej pięknej i urodziwej ziemi, na której przyszło nam żyć? – uśmiechnęłam się słodko.
- Podejrzewam, ze macie telefony. A ich nie wolno używać. To kategorycznie zabronione. – powiedział.
- Ależ my nie mamy telefonów! Nie mogłybyśmy! Znamy zasady! – starałam się być jak najbardziej przekonująca.
- I jedzenia również nie wolno mieć. Musicie same coś upolować bądź złowić. – powiedział mężczyzna.
- Jak najbardziej. Zostałyśmy poinformowane już o tym. – powiedziałam.
- Dobrze. – mruknął guru, chodź widziałam, że nie bardzo nam wierzył. Odeszłyśmy od niego z Victorią, a ja zachichotałam. Ale się nabrał. Nie wierzę, że jest aż tak naiwny.
- Naprawdę nie masz telefonu? – spytała.
- Coś ty. Oczywiście, że mam. Wyobrażasz sobie Vanesse Malik bez najważniejszej rzeczy w jej życiu? – roześmiałam się. – Musimy tylko ukrywać nasze telefony. – rzuciłam. To będzie nawet zabawne.
                                                                       ***
- Jak to cholerstwo rozłożyć? – powiedziałam siląc się z tym durnym namiotem już od… cóż, pięciu minut. Popatrzyłam na Rodricka, któremu dokładnie to tyle zajęło! Cieszył się jak debil ze swojego osiągnięcia, a ja byłam zazdrosna. Nawet on radzi sobie lepiej ode mnie. W ogóle był tym wszystkim tak zafascynowany jak gdyby wpuścić go do sklepu odzieżowego i powiedzieć ‘bierz co chcesz!’ To było tylko głupie święto ziemi! Nie rozumiem tej całej ekscytacji wszystkich ludzi. Nie lubię takich rzeczy i nie polubię.
- Cóż… - zaczął Rodrick kładąc ręce na swoich biodrach i patrząc na mój namiot. -  Najpierw musisz wziąć dwa dłuższe pałąki i złożyć je w taki sposób by tworzyły długą rurkę. Następnie jeden z nich musisz umocować w części sypialnej w tuneliku znajdującym się na szwach wierzchniej części sypialni. Teraz przejdźmy do drugiego pałąka, jego musisz umocować w tych dziurkach mieszących się na krawędziach podłogi sypialnej. Okej, wiec teraz przejdźmy do tropika! – klasnął ochoczo w dłonie.
- Sorry, ale wyłączyłam się po „najpierw musisz wziąć dwa dłuższe pałąki”. – odpowiedziałam. Rodrick wywrócił oczami. – Skąd ty to wszystko wiesz? Myślałam, że dla was gejów przeżycie w dziczy jest wręcz nie wykonalne.
- Powiedzmy, że mój ojciec był bardzo konserwatywny. – powiedział podchodząc do mojego namiotu i zaczynając go składać. – Uważał, że mężczyzna powinien zarabiać na dom i swoją kobietę i powinien również radzić sobie w ekstremalnych warunkach, więc musiałem przed nim ukrywać fakt jaki jestem delikatny.
- Od tej strony cię nie znałam. – przyznałam kiwając głową z uznaniem.
- Rodrick jezu! Z nieba mi spadłeś! – krzyknęła Victoria a jej ton brzmiał na przerażony. – Jak rozbiłeś ten namiot? Męczę się z nim i męczę i nie udaje mi się!
- No więc… - westchnął Rodrick. – Najpierw musisz wziąć dwa dłuższe pałąki i złożyć je w taki sposób by…
- Dobra, ja stąd idę. – powiedziałam i odeszłam od nich nie chcąc dalej słuchać jego nudnej przemowy na temat jakiś pieprzonych pałąków. Co to w ogóle jest? Zaczęłam się więc przechadzać i obserwować ludzi, którzy składali hołd ziemi.
- Może się przyłączysz droga sąsiadeczko? – powiedział Steve tańcząc jakiś dziwny taniec aloha.
- Dzięki, ale… nie. – odpowiedziałam z obrzydzeniem patrząc na to co wyprawiał. Tym tłuszczem wykarmiłby pół Ameryki.
- Jakby co to wiesz gdzie mnie szukać. – rzucił jeszcze gdy odchodziłam. Kolejną osobą, którą zobaczyłam była… Eleanor? No proszę, proszę. Nie wiedziałam, że wielka dama postanowiła przyjechać do lasu! Pewnie podobnie jak ja, nadal ma nadzieje, że kiedyś Harry będzie jej. Cóż, nic z tego. Przynajmniej nie póki żyje.
- Witaj suko. – powiedziałam jak zwykle z uśmiechem.
- Kiedyś się za to zemszczę. – odparła.
- Ciekawe jak. – zakpiłam. – Widzę, że nie umiesz rozłożyć namiotu. – roześmiałam się ironicznie.
- Ty też nie. A twój przyjaciel gej, który to za ciebie zrobił nie liczy się. – odgryzła się.
- Nie traktuj go z góry przez jego orientację!
- O wybacz. Nie wiedziałam, ze jest hetero. A więc twój przyjaciel hetero, który od czasu do czasu lubi być brany przez facetów. – uśmiechnęła się słodko. A ja ledwo się powstrzymywałam aby jej nie przyłożyć, jednak gdy zobaczyłam spojrzenie ‘guru’ stwierdziłam, że nie warto. Odeszłam więc od niej pokazując jej dyskretnie środkowy palec.
Gdy przechadzałam się po gałęziach, o które się potykałam co trzy kroki, zobaczyłam Liama! O nie! To ten koleś co cały czas nieustannie próbuje się ze mną umówić! Przecież jak on mnie zobaczy, to nie będę miała życia. Harry pomyśli, że jeszcze z nim się umawiam i stracę kompletnie szansę. To się nie może dziać! Nie, nie, nie! Szybko więc odwróciłam się i zaczęłam biec przed siebie. To się nie mogło udać, nie w tym szpilkach, bowiem potknęłam się i upadłam. Auć. Moja kostka cholernie bolała.
- Jezu Vanessa! Nic ci nie jest! – powiedział Liam zatroskanym tonem podbiegając do mnie. – Wezmę cię na ręce. – zaproponował ochoczo.
- Po moim trupie! – powiedziałam szybko. – To znaczy… nie ma potrzeby.
- Ale to naprawdę, żaden problem. – machnął ręką. Ja jednak byłam innego zdania. Spróbowałam wstać i udawałam, że wcale mi nie rozrywa nogi. Uniosłam kciuk w górę dając tym samym znać, że wszystko jest okej.
- Ja chyba już pójdę. Victoria mnie woła.
- Naprawdę? Ja nic nie słyszałem. – przyznał zaskoczony.
- Bo wiesz… posługujemy się językiem, który tylko my słyszymy. Wymyśliłyśmy go w liceum i od tego momentu często z niego korzystamy. – powiedziałam.
- Aha, spoko. – Liam kiwnął głową. Miałam ochotę się roześmiać. Nie wierzę, ze jest tak naiwny. Już pominę fakt, że nie znamy się z Victorią od liceum, poznałyśmy się później. Muszę iść usiąść. Moja noga dłużej tego stania nie wytrzyma.
Kiedy przechodziłam obok Stev’a musiał wtrącić swoje trzy grosze.
- Hej Van! Jaki masz pseudonim? – zapytał.
- Vanessa, a co? – odpowiedziałam.
- Hej! To twoje imię. Nie można mieć własnego imienia. – mruknął nie zadowolony. – Zgadnij jakie ja mam?
- Nie wiem, Alfons? – zadrwiłam.
- Prawie. – uśmiechnął się szeroko. – Cool alfons. – powiedział radośnie, a ja udawałam, ze wcale nie mam ochoty walnąć głową o drzewo i krzyczeć ‘dlaczego dałam się namówić Rodrickowi?’ Tym bardziej iż nie widziałam Harry’ego. Może zrezygnował? Niech to szlag!
                                                                       ***
Leżałam już od chyba  godziny oparta o drzewo i delektowałam się naturą. Dobra, starałam się. Ale co chwila musiałam zabijać jakiegoś komara, który postanowił osadzić się na mojej ręce. To było żmudne zajęcie. Dlaczego nie wzięłam nic na komary? Cholera, w dodatku zaczęło burczeć mi w brzuchu. Muszę coś zjeść, ale cholerny guru wyraźnie powiedział, że trzeba sobie samemu coś upolować. Otworzyłam oczy i próbowałam wstać gdy nagle… poczułam coś wielkiego na moim ramieniu. Moją pierwszą reakcją był całkowity paraliż. Przestałam się ruszać i nie chciałam spojrzeć w tamto miejsce. Proszę, oby to nie było to co myślę… najwolniej jak umiałam odwróciłam głowę i… zaczęłam się drzeć jak jakaś idiotka na cały głos. Ale chyba każdy by się darł, gdyby na jego ramieniu spoczywał jakiś ogromny pająk! W dodatku on był żywy, ruszał się. Wstałam gwałtownie z ziemi i zaczęłam go z siebie strzepywać. Za sobą usłyszałam głośny śmiech nikogo innego jak… Eleanor!
- Ojć, biedna Vanessa. Tak mi cię szkoda. – powiedziała rozbawiona. Spojrzałam na nią morderczym wzrokiem.
- Jeszcze za to zapłacisz, suko. – syknęłam.
- Wątpię. – mówiąc to odwróciła się na pięcie i odeszła. Zacisnęłam dłoń w pięść. Wojna rozpoczęta!
Oczami Rodricka:
Po rozłożeniu namiotu swojego,  Vanessy, Victorii (która jednak również nic nie zrozumiała z mojego tłumaczenia), a także Zayna, który jak się okazało, nie jest dobry w radzeniu sobie w dziczy, miałem w końcu czas wolny! Powinienem pobierać jakieś opłaty za to. Uzbierałbym tyle kasy za jeden dzień, co jeszcze nigdy nie udało mi się mieć, nawet za tydzień pracy. Gdy Niall zaczął narzekać, że nie radzi sobie z namiotem jak najszybciej się zmyłem. Piątego namiotu nie mam zamiaru rozkładać.  Jestem ciekaw czy któremukolwiek z nich przyszło do głowy przeczytać instrukcje. Jestem pewien, że nie mają pojęcia, ze takie coś jest w pakiecie z namiotami. Teraz czas na przyjemności! Czyli na upolowanie jedzenia. Z racji tego, że nie miałem ochoty zastawiać pułapek na dzikie zwierzęta bądź zabijać ich wiatrówką, możecie mi wierzyć lub nie, ale członek rady, święty guru Anders rozdawał wiatrówki za pięć dolarów! Mózg mi się przegrzał gdy to zobaczyłem. Jak można być tak podłym? Biedne zwierzątka. Najgorsze jest to, że niektórzy skorzystali z tego jakże fatalnego pomysłu. Ja wolałem iść i coś złowić. W końcu ryba na kolację to chyba nie taki zły pomysł, co? Poszedłem nad jezioro, gdzie było prawie pusto, ponieważ większość ludzi wolała postrzelać do zwierząt z wiatrówki. Taa, ładny mi dzień ziemi. Guru Anders chyba nie do końca rozumie co to znaczy, ale mniejsza. Wędkę oczywiście musiałem kupić za trzy dolary, bo przecież wielki guru musi zarobić, ale mimo wszystko bardzo mi się tutaj podobało. Taka miła odskocznia od miasta. A i można się czegoś nauczyć. Swoją drogą jestem ciekaw jak radzi sobie Vanessa. Chciałem z nią tutaj przyjść, ale nie mogłem jej znaleźć. Wiec stałem samotnie nad brzegiem jeziora z wędką, nie wiedząc co dalej zrobić. Jak się zakłada haczyk? Bo chyba jest potrzebny, prawda? Ojciec nigdy nie nauczył mnie łowić. Uważał, że to zajęcie dla leniwców. Cóż, teraz bardzo by mi się przydało. Patrzyłem się jak sierota boża to na haczyk to na wędkę i nie udolnie próbowałem coś tam skombinować. Jedna kobieta popatrzyła na mnie z kpiną, więc pokazałem jej język. Odwróciła się nic nie mówiąc. Westchnąłem. To się nie uda. Dobrze, że nie ma tu Vanessy bo zaczęłaby się śmiać z nie udolnego Rodricka!
- Daj. Może pomogę. – usłyszałem za sobą czyiś śmiech. Momentalnie odwróciłem się. Przede mną stał wysoki chłopak. Tak, chłopak. Miał na oko może 20-22 lata. Na pewno nie mniej. Jego głowę ozdabiała czapka z której wystawały włosy,  nie wnikam po co mu ona, tym bardziej iż jest ciepło. Nosił także zwiewną, czerwoną koszulę w kratkę, którą miał odpiętą i czarne rurki. A na nosie okulary w których wyglądał naprawdę seksownie. Nigdy nie pociągali mnie kolesie w okularach. Do teraz. Alarm! Czuje, ze się rumienię.  Nie mogę się rumienić. Co by Justin na to powiedział?
- D-dzięki. – powiedziałem, gdy chłopak wziął ode mnie wędkę i haczyk.
- Musisz założyć go na żyłkę, o tak. – pokazał. Kiwałem głową udając, że to co robi zajęło moją pełną uwagę, gdy tak naprawdę nie obchodziło mnie to. Obchodził mnie on. – Łatwizna. – stwierdził gdy oddał mi wędkę. Uśmiechnąłem się słabo. – To znaczy… nie pomyśl, że się przechwalam, ale… to całkiem łatwe. – wytłumaczył się natychmiast.
- Tak, tak, chyba tak. – czy ja to naprawdę powiedziałem? Te słowa wyszły z moich ust? O mój boże. Chce się zabić. – Rodrick. – wyciągnąłem przed siebie dłoń, gdyż nie wiedziałem co mam dalej zrobić.
- Marco. – odpowiedział ściskając moją dłoń. – Wiesz, to nie jest moje prawdziwe imię, podobnie zresztą pewnie jak twoje. Wszyscy tutaj przyjmujemy pseudonimy.
- Ale ja naprawdę mam na imię  Rodrick… - wydukałem zmieszany. Chłopak się roześmiał, a gdy zobaczył, że nie żartuje od razu spoważniał.
- Serio? Sorry, stary. – poklepał mnie po ramieniu. – Przyjmij moje kondolencje.
Otworzyłem usta aby coś powiedzieć, ale nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Marco czy jak tam się postanowił nazwać, dodał:
- Głupi żart z tymi kondolencjami, prawda? – zapytał, a ja pokiwałem głową. – Zacznijmy od początku. Ty mi powiedziałeś swoje imię, ja swój pseudonim i ja odpowiedziałem: Rodrick twoje imię jest cudowne. Poważnie, w życiu nie usłyszałem tak pięknego imienia. Gdy je wypowiedziałeś zaparło mi dech w piersi, a miliony gwiazd zaczęły tańczyć przed moimi oczami. To było jak uderzenie piorunem. Szybkie, gwałtowne, ale oddające niesamowite przeżycie.
Wybuchnąłem głośnym śmiechem.
- Przestań się zgrywać. Jesteś poetą, tak? Albo studiujesz taki kierunek?
- Też. – odpowiedział. Zmarszczyłem brwi. Co to znaczy ‘też?’ ale wolałem już nie pytać. – To ja pójdę coś złowić. Ściemnia się. – powiedział chłopak i odszedł ode mnie. Poczułem rozczarowanie. Jednak postanowiłem nie rozmyślać nad tym dłużej tylko coś złowić. Nie chce głodować. Odwróciłem się w stronę jeziora i próbowałem zarzucić wędkę. Jednak ilekroć próbowałem, tym mi się nie udawało. Gdy patrzyłem jak inni to robią ich żyłki lądowały prawie na środku jeziora, a ja co? Czułem się jak kretyn. Rodrick nie umie zarzucać wędką, ha, ha, ha.
- Znowu pomóc? – usłyszałem za sobą znajomy głos. Uśmiechnąłem się lekko i obejrzałem się przez ramię kiwając głową do Marco. On stanął za mną i złapał mnie za rękę w której trzymałem wędkę po czym uniósł ją do góry. – Musisz się mocno zamachnąć. Widzisz? Właśnie tak. – pokierował mnie. Starałem się nie okazywać jakie wrażenie na mnie zrobił. Justin masz naprawdę godnego siebie konkurenta.
Oczami Vanessy:
Kazałam Victorii zagadać Eleanor. Długo pytała dlaczego ma to zrobić, ale ja jej nic nie chciałam powiedzieć. Inaczej by się nie zgodziła. A musiałam się na tej idiotce zemścić. Nie mogłabym w przeciwnym wypadku zasnąć. Gdy Vic więc rozmawiała z El, swoją drogą jestem ciekawa o czym, ja zakradłam się do jej namiotu i wzięłam jej wszystkie ubrania, jakie tylko tam znalazłam. Zadowolona z siebie jak i ze swojego planu, zaczęłam biec w stronę jeziora.
- Hej! Co ty wyprawiasz?! – zaczęła krzyczeć Eleanor widząc mnie biegnącą z jej ciuchami. Ja jednak odwróciłam się pokazując jej już drugi raz dzisiaj środkowy palec.
- Mówiłam, ze się zemszczę! – odkrzyknęłam. Kiedy znalazłam się przy jeziorku, zamachnęłam się najmocniej jak umiałam i wrzuciłam jej ubrania do wody! Po tym zaczęłam się śmiać na cały głos. Ta suka jest skończona. Nie pogrywa się z Vanessą Malik!
- Ty zdziro! – wrzasnęła Eleanor. Odpowiedziałam jej śmiechem. Dobrze jej tak.
- To za straszenie mnie pająkami! – odwrzasnęłam. El zaczęła krzyczeć do obcych ludzi, że mają jej wyjąć jej ubrania z wody i, że są tak samo winni jak ja bo nic nie zrobili, aby mnie powstrzymać.
- Jeszcze się zemszczę. – powiedziała do mnie.
- Wątpię. – odparłam i zadowolona z siebie odwróciłam się od niej idąc przed siebie jak modelka na wybiegu, a właściwie próbując, bo jak zwykle musiałam się potknąć o jakiś wystający korzeń.
                                                                       ***
Tak się skupiłam na unikaniu Liama, szukaniu Harry’ego, którego nadal nie znalazłam i zemście na Eleanor, ze zapomniałam kompletnie o upolowaniu jakiegoś jedzenia! Burczało mi okropnie w brzuchu. Podobnie zresztą jak Victorii, która stała obok mnie i narzekała.
- Nie denerwuj mnie. – mruknęłam.
- Jak czegoś zaraz nie zjem to umrę z głodu. – powiedziała.
- Nie ma innej rady, jedziemy do sklepu. – postanowiłam.
- Ale to zabronione! Wielki guru powiedział, że…
- Wielki guru może mi naskoczyć. – odpowiedziałam. – Jedziemy do sklepu, nikt się  nie dowie i po sprawie. Bo w końcu kto może wiedzieć?
- Zgoda, ale robię to z desperacji. – powiedziała Vic. I tak oto skończyłyśmy skradając się do mojego samochodu. Miałyśmy szczęście, że zaczynało być ciemno, ponieważ istniało większe prawdopodobieństwo, ze pozostaniemy nie zauważone. Odpaliłam auto i ruszyłam. Vic zakazała mi tylko włączać świateł, a ja stwierdziłam, ze to w sumie dobry pomysł. Pozostaniemy nie zauważone.
- Mam wyrzuty sumienia. – powiedziała Victoria nagle. – Święty guru będzie nie zadowolony.
- Pieprzyć guru. – powiedziałam stanowczo.  – To znaczy… teraz on ma nijakie znaczenie. Chcesz umrzeć z głodu? Myślisz, że tego by chciał święty guru?
- No nie. – westchnęła Vic.
- Widzisz. – po tych słowach coś trzasnęło w aucie i miałam na początku wrażenie, że mój samochód jest o krok od eksplozji. Obie wrzasnęłyśmy z Victorią, a potem spojrzałyśmy na siebie. Samochód gwałtownie się zatrzymał. Jezu, jezu, jezu. Moje serce łomotało jak nigdy, a dłonie wręcz się trzęsły.
- To na pewno klątwa świętego guru. Dowiedział się o naszym planie i rzucił jakiś czar. – powiedziała Victoria.
- Serio w to wierzysz?
- Nie. Ale musi być jakieś wytłumaczenie!
Otworzyłam drzwiczki od auta i wyszłam na zewnątrz. Podniosłam maskę samochodu i z westchnięciem stwierdziłam.
- Wytłumaczenie jest takie, że silnik padł.
- Przypadek?
- Błagam, jeszcze raz zaczniesz o świętym guru, a …
- Okey. – westchnęła Vic. – Skoro twój samochód się zepsuł to musimy wezwać pomoc. Chodźmy poszukać pozostałych. Może się na kogoś natkniemy.
- W środku nocy? Same? A gwałciciele? Pedofile i mordercy to co? Pełno ich w lasach… chyba…
Victoria wywróciła oczami.
- Chodźmy. – powiedziała, a ja nie chętnie musiałam jej posłuchać. Mogłam chociaż zdjąć te cholerne szpilki i założyć jakieś inne buty. Już parę razy o mało się w nich nie zabiłam.
- Jestem głodna. – jęknęłam po minucie drogi.
- Ja tez. – odpowiedziała Vic.
- I pić mi się chce.
- Mnie też.
- I te szpilki są nie wygodne.
- To mogłaś ich nie zakładać! – wydarła się.
- Opanuj hormony. – uspokoiłam ją. W tym momencie usłyszeliśmy jakiś ryk. Jasna cholera! Przecież to las! A wiadomo, że w lesie grasują niedźwiedzie! Myślałam, ze zawału dostanę. Złapałam Victorie za ramię i nie chciałam jej puścić za żadne skarby świata. Po kilku sekundach usłyszałyśmy czyjeś kroki. Było ciemno więc widziałyśmy tylko to co było bezpośrednio przed nami, niczego dalej. – Widzisz? To ten gwałciciel po nas idzie. – jęknęłam przerażona.
- Przestań. – powiedziała Victoria. – Nikt po nas nie idzie. – próbowała sobie wmówić.
- Przecież słyszę kroki.
- Może to zajączek.
Jednak ta osoba była coraz bliżej. Gdy w końcu czułam, że ktoś jest zbyt blisko zaczęłam się drzeć jak nienormalna a Victoria razem ze mną. Musiałyśmy wyglądać komicznie dla osoby trzeciej, ale jeszcze nigdy nie byłam tak przerażona jak właśnie w tym momencie.
- Nie zgwałcisz nas! – wrzasnęłam. – Mam broń!
- A ja znam karate! – krzyknęła Victoria.
- Nie chce was zgwałcić. – usłyszałyśmy rozbawiony głos… Harry’ego? Naszym gwałcicielem okazał się być Harry? Ja chyba śnię! Odkąd tu przyjechałam to go szukałam!
- Harry! Mój boże! – rzuciłam mu się na szyje. – Tak się bałam!
Chłopak jednak mnie nie objął.
- Co wy tu robicie? – zapytał, gdy przestałam go ściskać.
- Poszłyśmy na spacer, a co? Nie wolno nam? – odpowiedziałam.
- W środku nocy? – uniósł do góry jedną brew.
- A ty? Pytanie brzmi co ty tu robisz?
- Nie mogłem nic upolować. A nie mogłem zasnąć bo jestem głodny więc chcąc nie chcąc chyba zabije jakiegoś zająca.
- Co by na to powiedział święty guru! – odezwała się Victoria.
- Nazwał mnie kretynem, który nie umie sobie radzić wśród dziczy. – odparł Harry. – I nie chciał podzielić się ze mną sarną, którą upolował. – mruknął zły. Vic wyglądała na zszokowaną. Ten cały ‘guru’ to jakiś sadysta.
- Tak naprawdę to pojechałyśmy po coś do jedzenia i zepsuł nam się samochód. – wyznałam.
- Tak podejrzewałem. – Harry roześmiał się. – Chodźcie. Obóz jest nie daleko. Za mną.
Razem z Victorią ochoczo ruszyłyśmy za nim. Może jeszcze nie wszystko stracone i Harry będzie mój?
______________________________________________________________________
Powinien być z Vanessą? :) 
Aktualnie mam rozpisanych bohaterów nowego ff jakby ktoś czekał chodź wątpię haha, ale to za jakiś czas, po tym :)
W 1x14 skupię się bardziej na Victorii i Rodricku :D w końcu haha