środa, 20 maja 2015

Łamacze serc 1x05

Oczami Vanessy:
Zeszłam na dół napić się wody. Ta niby randka z Rodrickiem totalnie mnie wykończyła i wydaje mi się, że ośmieszyła w oczach Harre’go. Teraz już nie jestem pewna jego uczuć do mnie. Wydawało mi się, ze wpadłam mu w oko, ale tą randką z Eleanor kompletnie mnie zmylił. Weszłam do kuchni, odkręciłam zakrętkę i … zaczęłam piszczeć na cały dom! Bowiem zobaczyłam zjawę! A jednak paranormal activity to nie tylko wymysł reżysera. To coś istnieje naprawdę, a ja właśnie widziałam jego cień. Z góry zeszła zaspana Victoria. Przetarła oczy i spojrzała na mnie zaskoczona.
- Van odłóż tą patelnie. – powiedziała, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że trzymam ten przedmiot w dłoni.
- Nie mogę. Nie chce być pożarta przez tą zjawę. – odpowiedziałam i wskazałam na czarną postać znajdującą się naprzeciwko mnie.
- To nie zjawa tylko mój pies.
- Pies? – zapytałam czując ulgę. – Zaraz, zaraz twój co?
- Mój pies. – odparła Vic spokojnie.
- Nie możesz trzymać w tym domu psa! – powiedziałam jakby to było oczywiste. No cóż, dla nie których zdecydowanie nie jest na przykład dla mojej kochanej przyjaciółki Victori.
- Van to też mój dom i nie możesz mi niczego zabronić. – powiedziała spokojnie. Roześmiałam się.
- Niczego prócz tego! – krzyknęłam. – Nienawidzę psów w ogóle nienawidzę zwierząt. Mdli mnie na ich widok! Więc zabieraj tego kudłacza albo wezwę policję! – rozwrzeszczałam się już na dobre. Po chwili ten przeklęty pies zaczął na mnie warczeć. Przerażona wskoczyłam na blat. – Zabierz go stąd! Słyszysz? Zabierz!
- Zabiorę go z kuchni ale na pewno nie z domu. On tu zostaje. – powiedziała stanowczo Vic i wyszła z pomieszczenia razem z psem.
                                                                       ***
Następnego dnia zeszłam z góry i zaczęłam rozglądać się od razu po całym domu. Nie chciałam znów natrafić na tą krwiożerczą bestię! Vic ma natychmiast zabrać z mojego mieszkania to coś bo ja nie zamierzam tego tolerować! To jest po prostu chore, żebym bała się chodzić po własnym domu. To moje królestwo i mam w nim jakieś prawa. Nagle zadzwonił dzwonek u drzwi, a ja pędem poszłam otworzyć. Miałam nadzieje, ze to ktoś ze schroniska zabrać psa. Pomyliłam się. To był Rodrick.
- Od kiedy dzwonisz dzwonkiem? – zapytałam zaskoczona.
- Od kiedy jestem wściekły! – krzyknął i wszedł do środka. Podreptałam za nim od razu do salonu.
- Na mnie? Co ja ci niby takiego zrobiłam? – spytałam z wyrzutem. Rodrick opadł na kanapę z ciężkim westchnieniem.
- Ty nic ale ten idiota Harry już tak. Powiedz mi: jakie on ma cholerne prawo mnie oceniać? Czy w Biblii nie jest zapisane: kochaj bliźnich?
Usiadłam obok mojego przyjaciela i objęłam go ramieniem.
- Masz rację. Harry zachował się trochę chamsko, ale postaraj się mu wybaczyć. W Biblii to także jest zapisane: wybaczaj bliźnim.
- Skąd wiesz? Od kiedy ty czytasz Biblię? – zapytał zaskoczony.
- Nie czytam, ale domyślam się, że coś takiego mogło być tam zapisane. – odpowiedziałam bezproblemowo. Rodrick uśmiechnął się.
- Ach Van, Van. Żyć z tobą jest trudno ale bez ciebie jeszcze trudniej. – powiedział z uśmiechem.
- Wy geje umiecie się podlizać. – rzekłam, na co wybuchnął śmiechem. Nasza sielanka trwałaby dłużej gdyby nie dzwonek u drzwi. Pomyślałam sobie, że to pewnie Steve Gomezo w końcu odwiedza nas prawie codziennie i nie otwierałam przez pewien czas ale dzwonek wciąż nie ustawał wiec wstałam z kanapy. W progu stał …
- Harry? – spytałam lekko zdziwiona. – Co ty tu robisz?
Wiem, że to może nie najlepszy tekst jaki powinnam tu zaserwować ale byłam tak zaskoczona jego wizytą, że nie zważałam na to.
- Przyszedłem zapytać co u ciebie słychać? To źle? – spojrzał na mnie z uśmiechem na co potrząsnęłam głową.
- Nie, nie. Wchodź. – uchyliłam lekko drzwi.  Rodrick nie będzie zachwycony.
- Chodzi o tą sytuację z wczoraj … - zaczął nie pewnie na co serce mi szybciej zabiło. Może chce powiedzieć, że ta randka nic dla niego nie znaczyła? I był zazdrosny jak widział mnie flirtującą z Loganem dlatego się na nią zgodził?
- Tak?
- Chodzi o tą sprawę z Rodrickiem. Zachowałem się trochę jak dupek. Przepraszam. Powiedz mu to. – powiedział na co mina mi zrzedła. Starałam się jednak udawać, że wszystko jest w porządku.
- Tak, tak jasne. Zresztą sam możesz mu to powiedzieć. Jest w salonie. – odpowiedziałam na co jak burza Rodrick wpadł do holu. No tak, mogłam się domyśleć, że cały czas podsłuchiwał.
- Ooo cześć Rodrick. Miło cię widzieć. – rzekł Harry ze sztucznym uśmieszkiem. – Nie chciałbym abyśmy byli na wojennej ścieżce. Nie szukam wrogów.
- Ja także. – powiedział cicho. – Ale problem jest w tym iż ty uważasz, że jako gej muszę być lalusiem. Chcę ci pokazać, że to nie prawda.
- W jaki sposób? – Harry uniósł zdziwiony brew.
- Spędzimy dzisiaj cały dzień razem, zgadzasz się? A pokażę ci, że się mylisz i jestem całkiem spoko.
- Zgoda. Spędźmy dziś cały dzień razem.
Pomyślałam, że zaraz padnę! Rodrick umawia się z MOIM Harrym. On sobie chyba żartuje? Najpierw mój wróg, teraz najlepszy przyjaciel cholera no! Każdy się z nim umawia tylko nie ja. To nie fair!
- Więc najpierw chodźmy do baru, a potem możemy obejrzeć jakiś film w kinie. Oczywiście sensacyjny. Aha  i słyszałem, że dają koncert Linkin Park a to chyba grupa rockowa, prawda?
- Prawda. – kiwnął głową Harry. Poczułam, że robię się wściekła! Jeszcze chwila, a ktoś dostanie w twarz! – Możemy wstąpić jeszcze do klubu ze striptizem.
- A nie ma męsko – damskich?
- Obawiam się, że nie. Okej, a więc będziemy losować.
I tak pogrążeni w zupełnej rozmowie wyszli z mojego domu, a ja miałam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę!
Oczami Victori:
Siedziałam na kanapie i przeglądałam pismo o modzie, a koło mnie biegał mój pies i szczęśliwy merdał ogonkiem. Vanessa powiedziała, że idzie na spacer. Zdziwiłam się, że sama ale może pokłóciła się z Rodrickiem? Niby nic nie wiadomo. Akurat z góry zszedł Zayn i usiadł obok mnie. Chciałam coś powiedzieć ale nie bardzo wiedziałam co.
- Już wiesz jak go nazwiesz? – przerwał ciszę. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mój pies nie ma imienia! Jakim cudem?!
- Nie. A masz jakiś pomysł?
- Niestety. – pokręcił głową. – Może Lucky? – zapytał nagle. – Bo wiesz, udało mu się uniknąć śmierci i zaadoptowałaś go.
- Lucky. – powtórzyłam z uśmiechem. – Świetny pomysł. Dzięki, Malik. – posłałam mu radosne spojrzenie, które odwzajemnił. Miałam wrażenie, że ma jakiś błysk w oku na mój widok ale nie wiedziałam czy to tylko moje wrażenie czy rzeczywiście tak jest.
W tym momencie drzwi się otworzyły i do domu weszła Vanessa. Była totalnie nie zadowolona. Nie wiedziałam dlaczego? Przecież dla niej nie istnieją problemy!
- Co się stało, księżniczko? – zapytał Zayn.
- Co się stało? Co się stało? – powtórzyła jakby to było oczywiste. – W moim domu jest pies, mój najlepszy przyjaciel poszedł gdzieś z chłopakiem, którego chcę przelecieć a ty się pytasz co się stało?! – uniosła się. Wyglądała naprawdę groźnie. Bałam się, że może zaraz uderzyć kogoś z nas w twarz lub co gorsza zabić psa.
- Rodrick poszedł gdzieś z Harrym? – zdziwił się jej brat. – Może jest homo?
- Nawet mnie nie denerwuj. – syknęła i usiadła obok nas na kanapie. Tak właściwie to między mną a Zaynem co mi się szczerze mówiąc nie spodobało. – Rodri chce udowodnić Harremu, że jako gej potrafi być męski. Tyle.
- I może poszli do baru a potem do kina? – zapytał Zayn.
- Tak a co? – Van zamrugała szybko.
- No wiesz w barze mogą się upić a potem w kinie coś może zacząć się między nimi dziać. Wiesz, na Sali jest ciemno i …
- O mój boże! – Vanessa wybuchnęła płaczem. – Rodri się prześpi z moim Harrym! To nie fair! Ja miałam być pierwsza!
- Masz Logana. – przypomniałam jej.
- Tak ale Harry był dla mnie wyzwaniem, a Log chce się ze mną przespać w każdej chwili. – odparła przecierając łzy.  -  I jeszcze muszę znosić tego okropnego psa w moim domu! – westchnęła ciężko.
- Wiesz jaki jest twój problem? – zapytałam. – Ty nadal uważasz, że to jest twój dom pomimo tego iż wprowadziłam się dwa lata temu i płacę rachunki.
- No bo byłam tu pierwsza więc ten dom jest bardziej mój niż twój.
Z oburzenia zabrakło mi powietrza. Jak ona mogła powiedzieć coś takiego? Ten dom należał tak samo do naszej trójki, a Vanessa najwyraźniej tego nie rozumiała.
- Więc od dziś sama sobie płacisz rachunki. – powiedziałam ostro.- Ja i Zayn umywamy od tego ręce.
- A bardzo chętnie się na to zgodzę! – powiedziała i zeszła z kanapy kierując się w stronę schodów. – Myślicie, że nie dam rady płacić rachunków? Trzymać terminów i takie tam? Udowodnię wam, że się mylicie!
I już jej nie było. Zostałam tylko ja i Zayn. Cisza między nami powoli starała się nie zręczna. Czułam, że muszę coś powiedzieć. Nie wiedziałam tylko co? Moim jedynym marzeniem było nic nie mówić tylko go pocałować, ale to raczej było nie możliwe to znaczy bałam się, że mnie odepchnie a tego nie chciałam. Mieszkaliśmy razem i nie chciałam potem się przed nim ukrywać czy coś.
- Masz już jakieś imię dla twojego psa? – zapytał nagle, że aż drgnęłam.
- Pytałeś o to przed chwilą. – odpowiedziałam.
- A no tak. – powiedział spuszczając zawstydzony głowę. Zaczęłam postukiwać palcami o poręcz kanapy. Czy my naprawdę mamy ze sobą tak mało wspólnego? Cholera. Nasz związek to byłaby kompletna porażka. Dobrze, że mam Justina.
Oczami Vanessy:
Zadzwoniłam po pizze a jednocześnie cały czas myślałam o Harrym i Rodricku. To było cholernie nie fair, że spędzili razem tyle czasu! Czułam się jakbym ich traciła. A co jeśli własne towarzystwo spodoba im się bardziej od mojego i nie będą chcieli mieć ze mną nic wspólnego? Tak, tak wiem. Jestem Vanessa Malik każdy mnie kocha, ale to akurat może się okazać prawdą. Oboje są wspaniali i doskonale o tym wiem, dlatego mogą to odkryć w sobie i zostać przyjaciółmi. Nie wybaczę Rodrickowi jeśli odbije mi chłopaka, którego zamierzam przelecieć! O nie, nie. Tak się nie będziemy bawić! Nagle zobaczyłam jak ktoś wchodzi do domu,  a właściwie mój przyjaciel. Był ubrany w szorty i bluzkę na ramiączkach. Był nawet na bosaka. Włosy miał w totalnym nie ładzie. Wyglądał jak trzy nie szczęścia. Coś okropnego!
- I jak było? – zapytałam patrząc na niego lekko rozbawiona. Zły humor od razu mi przeszedł. Harry to typ imprezowicza, a Rodrick nim za bardzo nie jest. Ja go akceptuje takim jakim jest.
- Fatalnie. – odpowiedział siadając przy stole w kuchni. – Nalejesz mi soku? – spytał robiąc słodkie oczka szczeniaczka. Długo nie musiał czekać. Wywróciłam oczami i uczyniłam jego prośbę.
- Fatalnie? – zapytałam zaskoczona.
- To znaczy Harry jest fajny. Pogadaliśmy, on powiedział, że nie jestem wcale lalusiem ale normalny spoko chłopakiem ale jednak … coś mi w nim nie pasuje. Jest za bardzo spontaniczny i rozrywkowy. – powiedział upijając łyk soku. – To znaczy ja też jestem, ale cechuje mnie także wrażliwość a jego nie. Jest stanowczy, pewny siebie i zawsze dostaje to czego chce.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Idealnie pasujemy do siebie. Van i Hazz.
- Wiesz co? Poprawiłeś mi humor. Chyba zadzwonię do Logana. Prześpię się z nim. – postanowiłam z szerokim uśmiechem.
- Że co? – Rodrick zmarszczył brwi. – Ty chyba nie mówisz poważnie? Prześpisz się z Loganem? A co z Harrym?
- Harry musi się zdecydować czego chce bo jak na razie to mnie olewa. Nie będę czekać w nieskończoność. Chce się bawić i brać z życia jak najwięcej. Na miłość jeszcze mam czas.
Rodrick kiwnął głową ze zrozumieniem. Zawsze  tak było, Rodri idealnie mnie rozumiał a nawet popierał.
- Spoko. Masz rację. Ach, chciałbym móc teraz przytulić Justina. – westchnął ciężko.
- Zadzwoń do niego. – poradziłam mu.
- Nie mogę. Ma dzisiaj jakiś wywiad na żywo. No cóż, pozostaje mi tylko oglądać go w TV. – powiedział upijając kolejny łyk soku. Spojrzałam na niego ze współczuciem.
- Wiesz co? Chyba jednak nie zadzwonię do Logana. Spędzę dzisiejszy wieczór z tobą. – rzekłam obejmując go ramieniem. – Jesteś moim przyjacielem. Nie pozwolę abyś ryczał oglądając swojego chłopaka w TV sam.
- Dzięki. – Rodrick uśmiechnął się lekko. – Jesteś wspaniałą przyjaciółką. Wiesz o tym, prawda?
- No oczywiście, że tak. – potwierdziłam z szerokim uśmiechem. W tym momencie do kuchni wbiegł ten ohydny pies! Gdy tylko mnie zobaczył zaczął szczekać. Miałam wrażenie, że chce mnie zjeść. To było naprawdę straszne! Zaczęłam więc piszczeć i weszłam szybko na stół.
- Van uspokój się. To tylko pies. – powiedział spokojnie i podszedł do niego z uśmiechem. – Śliczny.
- Tylko pies? Śliczny? To istny potwór! Nienawidzę go! On tylko myśli jakby tu się mnie pozbyć. – powiedziałam z trudem oddychając. Naprawdę się go bałam. Ach, ta głupia Vic! Zawsze coś odwali! Musiała go tu przyprowadzać? Cholera no! Kto jej kazał!  
- Van, myślę, że przesadzasz. To miły piesek, który zapewniam cię, nie zrobi ci krzywdy. Zobacz jak mu dobrze z oczu patrzy. – odpowiedział głaskając psa. Prychnęłam pod nosem. Do kuchni weszła kolejna osoba czyli nikt inny jak moja przyjaciółka. Gdy zobaczyła mnie na stole kuchennym zaczęła się okropnie śmiać, a ja posłałam jej groźne spojrzenie.
- To nie jest zabawne. – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Naprawdę boje się przez tego psa o swoje życie.
- Vanesso moja kochana, ty jesteś zabawna. Ośmieszasz się takim zachowaniem, skarbie.  – powiedziała Victoria ze śmiechem. – Lucky to bardzo miły zwierzaczek. Kocham go i myślę, że powinnaś go zaakceptować.
- Lucky? On ma imię? Nadałaś temu potworowi imię? – jęknęłam.
- Ej, to nie jest potwór! – krzyknęła z oburzeniem. – Aha i pamiętaj o rachunkach bo do jutra trzeba zapłacić. – powiedziała ze słodkim uśmieszkiem i wyszła zadowolona z siebie z kuchni. Zmarszczyłam brwi. Gdzie do cholery jasnej się płaci rachunki? W ogóle gdzie są rachunki?
- W skrzynce pocztowej. – odezwał się Rodrick głaszcząc psa.
- Co? – spojrzałam na niego.
- Pomyślałem, że pewnie się zastanawiasz gdzie są rachunki. – powiedział z cwanym uśmieszkiem,  a ja pomyślałam, że oszaleje! Ten chłopak to moja bratnia dusza! Szkoda, że jest gejem. Życie jest niesprawiedliwe.
                                                                       ***
Wieczorem, siedzieliśmy z Rodrickiem przed telewizorem z miską popcornu i oglądaliśmy wywiad z Justinem. Na początku prowadzący pytał go o samopoczucie i nową płytę, takie tam bzdury, ale potem przeszedł do pytania o związek. Bieber oczywiście był zmuszony powiedzieć, że jego dziewczyną jest Victoria i bardzo ją kocha. Widziałam jak Rodri cierpi. Zrobiło mi się go żal, więc dotknęłam jego ramienia, aby dodać mu otuchy.
- Jak chcesz to możesz rzucić popcornem w telewizor. – powiedziałam.
- Co za dupek. – rzekł drżącym głosem. – Olewa mnie od tygodnia i w dodatku kłamie publicznie.
- Wiesz, że musi. – przypomniałam mu.
- Ale nie musi kłamać z takim przekonaniem. Wygląda jakby naprawdę się w niej zakochał. – powiedział przez zaciśnięte zęby i wziął do ręki popcorn po czym rzucił w plazmę. – Ty popieprzony idioto! Nienawidzę cię! – wydarł się.
- Lepiej? – pogłaskałam go po plecach.
- Nie. – wydukał. – Chusteczka! – wyciągnął dłoń. Cholera, skąd ja mu wezmę chusteczkę. Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam paczkę na komodzie. Pewnie Victorii, ale cóż, nie powinna się obrazić. Wspieram przyjaciela w potrzebie. – Dzięki. – powiedział, gdy mu podałam. – Nie rozumiem, jak może mi to robić?
- Każdy związek przeżywa kryzys.
- Ale nasz związek nawet nie jest związkiem! Nie wiem co to nawet jest. Od siedmiu dni to dla mnie obcy człowiek. Nawet nie odpisuje na smsy.
- Na pewno nie jest tak źle. – starałam się go pocieszyć.
- Tak? – spojrzał na mnie wycierając oczy chusteczką. – Gdy wczoraj do niego zadzwoniłem ze stacjonarnego, bo ode mnie nie odbiera i powiedziałem „hej tu Rodrick”  to wydawał jakieś dziwne dźwięki twierdząc, że to zakłócenia i musi kończyć. – wyznał i po chwili wybuchnął płaczem. Westchnęłam. Jak on może tak się zachowywać? Biedny Rodrick. Nie zasłużył na to.
- Co ty na to abyśmy odwiedzili Justina w jego apartamencie?
- Nie wpuszczą nas. – rzekł oddając mi zużytą chusteczkę. Wzięłam ją nie chętnie i wyrzuciłam za kanapę.
- Nas nie, ale Victorię już tak. – powiedziałam z cwanym uśmieszkiem.
- Myślisz, że się zgodzi?
- Jasne. – machnęłam nie dbale ręką. – To moja najlepsza przyjaciółka, w jej obowiązku leży się zgodzić. – wyznałam z pełnym przekonaniem.
                                                                       ***
- Nie ma mowy! – powiedziała stanowczo Victoria, kiedy poszliśmy razem z Rodrickiem do jej pokoju na górze.  – Nie wykorzystam mojej pracy, aby Rodrick mógł przelecieć Justina.
Wywróciłam oczami.
- Rodrick chce ratować swój związek, nie zależy mu na seksie! – krzyknęłam, patrząc na mojego przyjaciela, który stał oparty o ścianę z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
- Właściwie to trochę zależy. – powiedział nieśmiało. Nakazałam mu spojrzeniem, aby milczał.
- Victoria, jesteśmy siostrami, prawda?
- Przyjaciółkami. – sprostowała.
- Jak zwał tak zwał. – machnęłam ręką. – Ważne, że łączy nas bliska relacja. Musisz nam pomóc. – popatrzyłam na nią oczami szczeniaczka. Może zadziała, kto wie?
- I co ja z tego będę miała, hm? – spojrzała na nas wyczekująco. Przygryzłam wargę, uparcie się zastanawiając. Co ona z tego będzie mogła mieć?
- Moją wdzięczność? – strzelałam.
- A coś więcej? – spytała Vic.
- Wdzięczność Rodricka? – wskazałam palcem na mojego przyjaciela.
- A jeszcze więcej?
- Boże, ale ty jesteś wymagająca. – powiedziałam.
- Lucky zostaje i nie robisz z tego problemu. – uśmiechnęła się.
- Nie ma mowy! – oburzyłam się.
- To i nie ma mowy o Justinie. – powiedziała unosząc dumnie głowę. Posłałam jej zabójcze spojrzenie. Cwana mała. Ale co się dziwić, uczyła się od najlepszych.
- Zgoda. – rzekłam w końcu. – Kocham mojego przyjaciela bardziej niż moje bezpieczeństwo.
- Lucky cię nie zje. – przypomniała kolejny raz Victoria.
- Nie mamy co do tego pewności.
- A więc jesteśmy umówieni na jutro? – wtrącił Rodrick.
- Tak. – Vic kiwnęła głową. – Tylko ubierzcie się jak normalni ludzie, błagam.
- My zawsze ubieramy się na poziomie. – powiedziałam i wyszłam niczym top modelka z jej pokoju. Kiedy Rodrick nadal stał oparty o ścianę, pociągnęłam go za koszulkę za sobą. Cholera, zapomniałam o jeszcze jednej kwestii. Wywróciłam oczami i nie chętnie wróciłam do pokoju Vic. – Skoro Lucky zostaje bez mojego marudzenia to znów płacisz rachunki. – uśmiechnęłam się słodko i wyszłam ponownie z pokoju, już nie z taką klasą jak na początku, ale walić to. Teraz najważniejszy jest związek mojego przyjaciela. Musimy go ocalić.
___________________________________________________________
PROSZĘ DAJCIE JAKIŚ ZNAK, ZE CZYTACIE TO FF. chociaż krótki komentarz, a taką by mi sprawił radość! :)
Myślicie, że Vanessie uda się uratować związek Rodricka?

sobota, 16 maja 2015

Łamacze serc 1x04

Oczami Vanessy:
Właśnie została rozpoczęta wojna, a ja nie spocznę póki jej nie wygram. Ta szmata Calder nie ma ze mną szans jak już powiedziałam. Znam swoje wdzięki i jestem pewna, że jeżeli tylko bym skinęła palcem to Harry poleciałby do mnie. Być może stwierdził, że po prostu nie ma u mnie szans, gdyż taki ktoś jak ja nigdy by się z nim nie umówił. No cóż, biedactwo bardzo się myli ale ta myśl pociesza mnie bardziej niż to, że zauroczył się w Eleanor. Nigdy bym tego nie zniosła! Właśnie stałam przed dużym lustrem w swoim pokoju i podziwiałam swoje odbicie. Bosko! Harry padnie z nóg jak mnie zobaczy. A Eleanor? Totalnie odechce się walki.
- I co? Ja mam niby w tym iść? - rozległ się głos Rodricka z łazienki. Zachichotałam pod nosem. Chłopak nie był przyzwyczajony do paradowania w garniturze, ale stwierdziłam, że doda mu uroku bardziej niż jego strój na co dzień czyli rurki i obcisła koszulka. Teraz wygląda jak mężczyzna i nikt nie będzie miał wątpliwości, że jest hetero co oczywiście nie było prawdą ale ludzie o tym nie wiedzieli. 
- Rodri wyglądasz bosko. Tylko spójrz na siebie! - zaświergotałam radośnie. Chłopak podszedł do lusterka kręcąc głową. 
- Wyglądam jak hetero. - stwierdził z niesmakiem. - I co może jeszcze mam cię pocałować?
- Przepraszam bardzo ale czy to dla ciebie jest problemem?! - uniosłam się, że aż Rodrick lekko zadygotał. Potrząsnął lekko głową. 
- Nie, oczywiście, że nie. Pocałowałbym cię z pełną dozą namiętności. Przecież doskonale o tym wiesz. - podlizał się posyłając mi całusa w powietrzu i znikł za drzwiami łazienki. - Ale grzywka może zostać? 
- Może. - zgodziłam się łaskawie, na co odetchnął z ulga. 
***
Gdy zeszłam na dół od razu przybiegła do mnie Victoria z Zaynem. Zawsze uwielbiali ploteczki i musieli mieć wszystkie informacje z pierwszej ręki. Ja za to nie za bardzo lubiłam opowiadać o sobie co nie szło dobrze w parze z ich chorymi obsesjami. Naprawdę nie rozumiem czemu uciekają przed uczuciami. Przecież gołym okiem widać, że są w sobie zakochani ... No cóż. 
- Bosko wyglądasz! - wykrzyknęła Vic i jak najszybciej do mnie podbiegła. 
- Rodrick? - zapytał Zayn gdy zobaczył go schodzącego po schodach. - Idziecie na randkę? - pisnął. 
- Nie, oczywiście, że nie. - odpowiedziałam ze śmiechem. - Raczej udajemy randkę. - dodałam z tajemniczym uśmieszkiem. 
- To znaczy? - dopytywał się mój brat. 
- Tyle powinno wam na razie wystarczyć. Jak wrócę opowiem resztę. - powiedziałam i ciągnąc Rodricka za dłoń wyszliśmy z domu pozostawiając moich przyjaciół z milionem pytań. 
Oczami Victorii:
Moja najlepsza przyjaciółka wyszła gdzieś z Rodrickiem, a ja nie mam zielonego pojęcia gdzie! Wiedziałam jedno nie chce spędzić piątkowego wieczoru oglądając telewizję i także chce się zabawić. Spojrzałam na Zayna, który stał oparty o ścianę i patrzył się w podłogę. Ciężko westchnęłam. Gdybym mogła poznać jego myśli ... chociaż na jedną minutę! Oddałabym za to wszystko! No prawie bo są pewne rzeczy, które są tylko i wyłącznie moje i mają dla mnie wartość sentymentalną. 
- Pójdę się przejechać. - zdecydowałam w końcu. 
- Nie masz prawa jazdy. - przypomniał mi surowym tonem. Czyżby był zły? 
- Och. - machnęłam niedbale ręką. - Jest noc. Po drodze nie pałętają się małe dzieciaki, nie ma policji. Nic mi nie grozi. 
- I tak nie możesz tego zrobić. - powiedział ostro. Spojrzałam na niego kokieteryjnie. 
- Czyżby ktoś tu się o mnie troszczył? - uśmiechnęłam się zadziornie. 
- Tak bo jeżeli coś ci się stanie to będzie moja wina bo na to pozwoliłem, dlatego jadę z tobą. – postanowił, a ja myślałam, że zaraz rozpłaczę się ze szczęścia. Ja i on. Sam na sam w nocy. W pustym samochodzie. Będzie gorąco! 
Oczami Vanessy:
Rodrick praktycznie przez całą drogę narzekał. Trochę mnie to zaczęło nudzić. Czy ten chłopak nie może zrozumieć, że ta "randka" jest ważna i od niej wiele zależy? Przede wszystkim muszę wzbudzić w Harrym zazdrość, a nie uda mi się jeżeli Rodrick będzie się zachowywać jak rozpuszczony chłopiec, który jest nie zadowolony ze swojego życia! Przed wejściem do restauracji powiedziałam: 
- Przestań narzekać. - syknęłam niezadowolona. 
- Ten garnitur jest strasznie nie wygodny. - odpowiedział zapewne licząc iż powiem: Możesz iść do domu twoja pomoc i tak byłaby bezużyteczna przy takim zrzędzeniu. 
- Rodri, ustaliliśmy, że pójdziesz ze mną na tą randkę aby wzbudzić w Harrym zazdrość, tak? Mamy się świetnie bawić i proszę! Zrób to dla mnie! Czyż nie jestem twoją najlepszą przyjaciółką? 
- Nie. - odparł sucho aż przeszedł mnie dreszcz. - Jesteś dla mnie jak siostra. - dodał a ja uśmiechnęłam się szeroko słysząc to. Potem weszliśmy do pomieszczenia. Zajęliśmy miejsca prawie na środku tak, aby Harry i Eleanor, którzy mogą się pojawić w każdej chwili mogli nas zobaczyć. Zaczęłam kręcić się na siedzeniu rozglądając we wszystkie strony. Nie ujrzałam ich jednak nigdzie. A co jeżeli ta suka okłamała mnie i wcale się na dziś nie umówili? Calder byłaby do tego zdolna. Jestem pewna. - Przyjdą. - powiedział Rodrick dotykając lekko mojego ramienia, a ja uśmiechnęłam się lekko. Chciałabym w to wierzyć. Naprawdę. Ale z drugiej strony? Może oni się wcale nie umówili? Może Harry rzeczywiście nie poszedłby z nią na żadną randkę? Ta myśl spodobała mi się o wiele bardziej. 
- Oby nie. - odpowiedziałam radośnie. - Chcę wierzyć, że Harry nie zdecydował się iść z nią na randkę. 
Rodrick miał coś powiedzieć, ale w tym momencie serce mi momentalnie stanęło. Zobaczyłam bowiem jak Eleanor i Harry wchodzą do restauracji. Oboje wyglądali na szczęśliwych. Pomyślałam sobie, że to najgorsza chwila w całym moim życiu. Bez zastanowienia chwyciłam dłoń Rodricka i mocno ją ścisnęłam po czym się roześmiałam. 
- Rodri, jesteś taki zabawny. - powiedziałam. Chłopak w pierwszym momencie patrzył się na mnie marszcząc brwi, a zaraz potem chyba zrozumiał o co mi chodzi bo także się roześmiał. Po kilku sekundach śmiechu oboje stwierdziliśmy, że co za dużo to nie zdrowo. Ludzie w restauracji patrzyli na nas dziwnie. 
- Z czego właściwie się śmiejemy? - zapytał cicho. 
- Nie wiem ale oni mają myśleć, że z czegoś bardzo zabawnego. - odpowiedziałam i nie wiem dlaczego, ale znów się roześmiałam. Rodrick pozostawał nie wzruszony więc przestałam. - Patrzą się na nas? - spytałam szeptem. 
- Wydaje mi się, że Eleanor zerka mrużąc te swoje oczka jak u kocicy. - powiedział patrząc na nich na wprost. Kurde! Dlaczego ja musiałam usiąść przy nie właściwym krzesełku? Albo dlaczego oni postanowili usiąść za mną? Założę się, że wybór miejsca był pomysłem tej szmaty. Zawsze musi mi upierniczać życie. 
- Ona tak zawsze. - machnęłam nie dbale dłonią. - Słuchaj Rodri, zamieniłbyś się miejscami? - zapytałam nieśmiało. 
- Ale dlaczego? - zmarszczył brwi, a po chwili pokręcił głową z niedowierzaniem. - Chcesz ich dokładnie widzieć, co? 
- A myślisz, że po co tu przyszłam? Posiedzieć, zjeść coś i pośmiać się nie wiadomo nawet z czego? - syknęłam. Chłopak kiwnął głową. 
- Tak, tak właśnie myślałem. Van, nie uważasz, że to będzie dziwne? Zostańmy tak jak jest a je będę ci dawał sprawozdanie. - odparł na co ja zgodziłam się z ciężkim westchnieniem, chodź wcale mi to nie odpowiadało. Wolałam ich sama widzieć. Rodrick nie zawsze wychwyci wszystkie czułe gesty lub jednoznaczne spojrzenia. Ja jestem w tym o wiele lepsza. - Może coś zamówimy? Głupio tak siedzieć w restauracji nic nie jedząc. 
Kiwnęłam głową. 
- Masz rację. Wyglądamy jak idioci, chociaż bardziej ty. - chłopak posłał mi groźne spojrzenie. - No co? Spójrz na mnie i powiedz, że wyglądam jak idiotka! Nie dasz rady, co? - spojrzałam na niego z satysfakcją. Rodrick ciężko westchnął co znaczyło, że wygrałam. Ha! Chłopak wyciągnął rękę przywołując tym samym kelnera, który podszedł do nas jak mi się zdawało niechętnie. Hello! Do takiego kogoś jak ja podchodzić z ociąganiem się?
- Ja poproszę kurczaka. - powiedział dumnie Rodrick. 
- Jedząc kurczaka nie staniesz się bardziej męski. - odpowiedziałam licząc na kolejne zwycięstwo. Chłopak pokazał mi język. 
- Poproszę kurczaka i do tego piwo. - rzekł z jeszcze większą dumą. - Prawdziwy męski posiłek. 
Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Czy ten idiota naprawdę myśli, że w tej restauracji podają coś tak bez gustownego jak piwo?! 
- Nie mamy piwa. Ale mogę panu podać wino. - odezwał się kelner. 
- Wiec poproszę, ale jakieś, które piją hetero. Nie chciałbym być dyskryminowany z powodu mojej orientacji, zrozumiano? 
Mężczyzna kiwnął głową przestraszony, a zaraz potem spojrzał na mnie. No ten koleś chyba nie uważa, że przeszłam operację zmiany płci?
- Ja poproszę sałatkę i to wszystko. – odpowiedziałam, a kelner jak najszybciej się zmył. Potem patrzyłam się na Rodricka przez kilka minut. On jednak był pogrążony w swoim świecie. Jak zwykle zresztą. Nic innego nie ma znaczenia. Często ma takie odskoki od normy czasem się zastanawiam czy to nie ma podłoża w dzieciństwie. Może rodzice nie akceptowali go jako geja? 
- Wiesz, że gdybyś nie wspomniał o dyskryminowaniu twojej orientacji to ten kelner nawet by nie pomyślał, że jesteś homo? - odezwałam się nagle, aż Rodrick podskoczył. 
- Nie? To czemu posyłał mi spojrzenie typu: co tu robisz pedałku? Zmykaj do gejowskiego klubu. 
Roześmiałam się. 
- Jesteś żałosny. 
- O mój boże! - Rodrick otworzył szeroko oczy. - El dotknęła właśnie dłoni Harry’ego. Nie patrz lepiej. 
Zmrużyłam oczy. To po co mi to powiedział? Przecież logiczne, że nie przepuszczę tego wydarzenia. Próbowałam się odwrócić tak aby mnie nie zobaczyli. Jednak szybkie zerknięcie mi nie wystarczyło i zaczęłam się na nich gapić zbyt długo. To miało marne skutki, ponieważ zauważył mnie Harry! Tak, tak wiem, że chciałam aby był zazdrosny ale nie chciałam aby przyłapał mnie na gapieniu się na nich tylko na ożywionej rozmowie z Rodrickiem. 
- Vanessa? - zapytał zaskoczony. - Cześć. Co tu robisz? 
Tak się zestresowałam, ze schowałam się za kartą menu.
- Van, on cię już zauważył. - przypomniał mi Rodrick wywracając oczami. 
- Cicho! Bo cię usłyszy. - syknęłam znad karty. Niestety parę sekund później chłopak podszedł do nas, a ja nadal udawałam, że jestem strasznie zaczytana w kartę restauracyjną. Och, teraz to ja byłam żałosna! Wstyd mi za moje zachowanie. Muszę to jakoś naprawić. - Nie, jednak nie podają tu piwa. Mówiłam ci. - powiedziałam i odłożyłam menu.
- Piwa? - spytał Harry marszcząc brwi. 
- Rodrick nie mógł uwierzyć, że nie podają tu piwa. - wyjaśniłam krótko. - Bo wiesz piwo jest męskie, tak samo jak on. 
Mój przyjaciel teraz schował się za menu, a Harry zachichotał. 
- Myślałem, że Rodrick woli chłopców. - powiedział w końcu. 
- No i co z tego?! To, że jestem gejem nie znaczy, że nie mogę być męski?! - uniósł się wstając z krzesełka. Dziękuje bardzo Rodrick! Wszystko zniszczyłeś! Teraz Harry wie, że jesteś gejem i nici z mojego planu. Nienawidzę cię. Oczywiście nie mogłam tego powiedzieć, gdyż obok mnie stało ciacho, które chciałam przelecieć jeszcze w tym tygodniu. 
- Harry nie miał tego na myśli ... - próbowałam go bronić dając mu tym do zrozumienia, że go lubię. 
- Owszem miałem to na myśli. - odpowiedział Harry, a ja zaczęłam płakać wewnętrznie. Człowiek tu stara się go chronić przed gniewem Rodricka, a on jeszcze sam się pogrąża? No po prostu nie wierzę! 
- Postrzegasz gejów bardzo stereotypowo. - stwierdził mój przyjaciel unosząc wysoko głowę. - Żal mi ciebie. 
- Po prostu stwierdzam fakt. Czy widziałeś jakiegoś geja kiedykolwiek w wojsku? Ja też nie. Przykro mi ale to smutna prawda. 
Pomyślałam sobie w tym momencie, że w tym co mówił Harry było dużo prawdy. Niestety Rodrick nigdy tego nie zaakceptuje. On uważa, że homo i hetero są tacy sami. Nie prawda. Znacznie się od siebie różnią, przynajmniej w moim mniemaniu. 
- Harry czy możemy wrócić do naszej kolacji? - zapytała Eleanor starając się aby jej ton nie wyrażał zniecierpliwienia. 
- Już idę. - odpowiedział. - Rodrick, jesteś naprawdę wspaniałym gejem, ale nie mężczyzną. - dodał i z szerokim uśmiechem na ustach się od nas oddalił. 
- Co za dupek. - skomentował mój przyjaciel lekko zniesmaczony. 
- Może i dupek ale jeszcze nigdy nie miałam takiej ochoty go przelecieć. - powiedziałam patrząc na niego rozmarzonym wzrokiem. 
Oczami Victori:
Jeździliśmy z Zaynem już od dłuższego czasu bez celu. Ta wycieczka nie miała tak wyglądać. Było nudno i chciało mi się spać pomimo iż była dopiero 22:40, a ja chodzę spać najwcześniej o 1:00, no chyba, że idę na zajęcia to o północy. Po pierwsze Malik nie dał mi prowadzić, a po drugie cały czas milczał. I jak ja mam się świetnie bawić? Czy on zawsze był takim nudziarzem czy ta jazda samochodem dopiero musiała mi to uświadomić. Teraz już nie jestem pewna uczuć do niego. Nieco mnie zniechęcił. 
- Może wstąpimy i coś zjemy? - zaproponował w końcu chłopak. - Zaraz będziemy przejeżdżać obok restauracji. 
- Po godzinie jazdy nagle zrobiłeś się głodny?! - uniosłam się. - A może mi powiesz, że zaczęło ci się jeszcze nudzić, co? 
- Vic o co ci chodzi? 
- O co mi chodzi? O co mi chodzi? - dosłownie nie mogłam uwierzyć w to jaki ten koleś jest tępy. - Mam ochotę umrzeć z nudów o to chodzi! Mieliśmy jechać na fantastyczną wycieczkę a tu co? Nudy!
- A co myślałaś? Że będziemy się bzykać na tylnym siedzeniu?! - krzyknął głośno trochę nawet za bo aż drgnęłam. 
- Tak to byłoby zdecydowanie lepsze! I jeśli nadal masz zamiar tak jeździć bez celu to po prostu mnie zalicz! Może wtedy nie będzie tak cholernie nudno! - wrzasnęłam i zanim Zayn zdążył odpowiedzieć samochód gwałtownie się zatrzymał. Wstrzymałam oddech na parę sekund. Co się przed chwilą stało? To było dziwne. Niby nic nam się nie stało ale trzęsłam się z przerażenia. - Co to było? - wykrztusiłam w końcu. 
- Sam chciałbym wiedzieć. - odparł i powoli otworzył drzwi samochodu. 
- Nie, nie wychodź. Proszę. - powiedziałam łapiąc go za ramię. 
- Muszę wiedzieć co to było. - rzekł i wyswobodził się z mojego uścisku. Ja tymczasem siedziałam jak na szpilkach. A co jeżeli zaraz rozpryśnie się krew? Boże nie chce aby Zayn został pożarty! Może i działa mi na nerwy ale w gruncie rzeczy bardzo go lubię. Powoli wyjrzałam z samochodu bojąc się, abym nie zobaczyła żadnej rozpryśniętej krwi czy czegoś.
- Cholera. – mruknął pod nosem Malik.
- Co? Boże co to było? Zayn leci ci krew? Coś ci wyżarło flaki? Proszę powiedz … albo nie mów! Nie chce tego słuchać, słyszysz? Wezwę policję! – powiedziałam całkiem przerażona.
- Co ty pieprzysz? – zapytał trochę jak mi się zdawało z rozbawieniem ale zaraz jego ton przybrał poważniejszy odcień. – Przejechałem psa. I nie mam pojęcia czy żyje. Dobry Boże, nie chce być mordercą zwierząt.
Wysiadłam z samochodu i zobaczyłam, że Zayn klęczy nad psiakiem z nie wesołą miną. Zrobiło mi się szkoda i jego i psa. To było okropne.
- Zawieźmy go do weterynarza. – postanowiłam w końcu.
- Masz rację. Nie ma co się użalać. – odpowiedział i wziął psa na ręce. A ja stałam tam dumna, że mój pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę.
                                                                       ***
Siedzieliśmy właśnie w poczekalni czekając na naszą kolej. To były najdłuższe dwie godziny mojego życia! A co jeśli pies wykrwawiałby się na śmierć? Też musielibyśmy siedzieć i czekać? No bardzo wątpię! Chociaż … Przecież biedny kotek staruszki, który zjadł za dużo czekolady jest ważniejszy i wymaga więcej uwagi! Cholera no!
- Następny. – powiedział wysoki i super seksowny weterynarz. Zarumieniłam się na jego widok.
- Idę z tobą. – postanowiłam i skierowałam się za Zaynem do gabinetu. Mężczyzna był bardzo miły i wydaje mi się, że dobrze zajął się pieskiem. Opatrzył mu ranę i założył opatrunek, a potem dał zastrzyk przeciw bólowy. Malik zapłacił.
- Państwa pies przeżyje. – oznajmił z szerokim uśmiechem lekarz.
- To nie nasz pies. Przejechałem go po drodze. – wyjaśnił ze spuszczoną głową mój przyjaciel.
- W takim razie jestem zmuszony oddać go do schroniska. – odpowiedział weterynarz, a ja poczułam jak serce podchodzi mi do gardła! Schronisko! Jak to brzmiało! Okropnie!
- Nie trzeba. Ja go wezmę. – powiedziałam szybko, a Zay spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Jesteś tego pewna? – zapytał w końcu. – Vanessa może nie być zadowolona.
- Mam gdzieś Vanessę. Dla mnie liczy się dobro tego psa. – powiedziałam z lekkim uśmiechem. Weterynarz wydawał się być pod wrażeniem tego co powiedziałam.
- Oby takich ludzi więcej na świecie jak pani. – odparł.
                                                                       ***
- Jestem bardzo ciekaw reakcji Van. – odezwał się Zayn gdy siedzieliśmy już w samochodzie. – Padnie na zawał. Ona nie cierpi zwierząt.
- Jak można nie lubić zwierząt? – zdziwiłam się. – Są kochane.
- Dla ciebie, dla niej wszystkie to pasożyty, które powinny wyginąć w erze dinozaurów. – odpowiedział, na co oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Przepraszam, że narzekałam w samochodzie wtedy. Nie powinnam.
- A ja powinienem być bardziej aktywnym rozmówcą.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Na drugi raz zdam prawo jazdy i sama pojeżdżę w nocy. Mogę ciebie zabrać, ale musisz być grzeczny i przede wszystkim nie przynudzać. – odparłam na co znów wybuchnęliśmy śmiechem. Myślę, że jednak nie pomyliłam się co do Zayna i jest naprawdę spoko. A co do psa to … Nie mogę się doczekać reakcji Vanessy! Będzie się działo. 
________________________________________________________________
Wiem, ze mało jest Louisa, Liama i Nialla, ale pojawi się odcinek w pełni poświęcony Louisowi także don't worry :) Niall też pojawi się i będzie miał swój wątek, może na razie Liama będzie mało, ale również się pojawi :). 1D nie mieszkają w tym ff razem, dlatego jest ich tak mało razem, no ale to się na pewno zmieni! 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ :) 

wtorek, 12 maja 2015

Łamacze serc 1x03

Oczami Victorii: 
Rozpoczęcie dnia jak każde inne. Poranny prysznic, potem śniadanie w miłym towarzystwie Zayna. On był taki słodki. Nie mogę się nigdy napatrzeć na niego. Jest taki męski i cudowny. Piekielnie żałuje, że muszę udawać dziewczynę Justina, bo gdyby nie to, to już dawno zaprosiłabym gdzieś Zayna. Chyba, że bym stchórzyła bo wciąż nie jestem pewna czy on czuje to co ja. Nagle do domu wpadła moja ciocia, Rita.
- Witaj Vicuś! – krzyknęła z uśmiechem i dała mi buziaka w policzek. Uśmiechnęłam się lekko.
- Cześć ciociu!
Rita wprawdzie jest moją ciocią i ma 36 lat ale jest bardzo rozrywkowa i pracuje jako didżejka w klubie. Vanessa z Rodrickiem kochają tam imprezować, ale nie ja.
- Mam dla ciebie niespodziankę! – krzyknęła zadowolona. – Wyjrzyj przez okno.
Posłuchałam jej i zrobiłam tak jak powiedziała. Oczom normalnie nie mogłam uwierzyć! Stał tam najcudowniejszy na świecie samochód!
- Kocham cię ciociu! – pisnęłam z radością i uściskałam ją z całych sił. Ona ledwo wyswobodziła się z niego. – Ale zaraz, zaraz … - moja mina momentalnie zrzędła. – Ja nie mam prawa jazdy … - spuściłam głowę.
- A twój chłopak … - zaczęła ciocia.
- To nie jest mój chłopak, to znaczy jest ale udawany. – odpowiedziałam szybko. – Justin i tak nigdy nie ma czasu. Jest zajęty imprezowaniem.
- Ach młodość. – westchnęła Rita. – Pamiętam jak ja imprezowałam … to były czasy, które bezpowrotnie minęły.
- Ciociu, ty nadal imprezujesz nawet ostrzej niż w młodości. – przypomniałam jej na co ona kiwnęła głową. W tym momencie z góry zeszła Vanessa, która złapała się za głowę i zaczęła narzekać na jej potworny ból. No cóż, nie dziwię jej się. Wczoraj nie źle zabalowała. Napiła się kilka drinków, potańczyła z Loganem i padła trupem. Van zawsze kochała imprezować i była królową towarzystwa. Podziwiałam w niej to. Nie bała się własnego zdania i była bardzo pewna siebie czasem aż za.
- Mój łeb! – narzekała wchodząc do kuchni i nalewając sobie soku do szklanki. – Vic, daj mi tabletkę.
Nie wiele się namyślając otworzyłam górną szafkę i wyjęłam z niej lek, po czym jej podałam. Nawet nie podziękowała. Jak zawsze zresztą, powinnam się przyzwyczaić. To słowo chyba nie istnieje w jej słowniku.
- Ciocia kupiła mi nowy samochód! – pisnęłam. – Idę go zobaczyć!
- Jak ty nie masz prawa jazdy … - zaczęła Vanessa, ale już jej nie słuchałam. Otworzyłam drzwi frontowe i podbiegłam do czarnego cudeńka. Totalnie, absolutnie się zakochałam. Chyba jednak można pokochać przedmiot! I właśnie to udowodniłam. Obie kobiety poszły za mną. – Nie zły. – skomentowała Van kiwając głową z uznaniem. – Muszę przyznać Rita, że naprawdę masz gust.
- Się wie. – odparła skromnie moja ciocia. Lubiły się z Vanessą, może dlatego iż uwielbiały imprezy i świetnie się przez to dogadywały.  Czasem im zazdrościłam tej relacji.
W tym momencie zadzwonił telefon. No ładnie! Menadżer Justina Biebera! To znaczy „mojego chłopaka”! Ciekawe co znów wymyślił. Może mam udać się z nim na premierę nowego filmu?
- Cześć. – powiedziałam siląc się na radosny ton gdy tak naprawdę miałam ochotę krzyczeć.
- Powinniście spędzić dzisiejszy dzień razem. – rzekł bez owijania w bawełnę. – Jus ostatnio trochę imprezował i został przyłapany na tańcu z chłopakiem,  to może źle wpłynąć na jego wizerunek. Musicie pokazać, że nadal jesteście razem i bardzo się kochacie.
Ciężko westchnęłam. Nie odpowiadam za wybryki tego dzieciaka! To moja wina, że jest tak nie wyżyty seksualnie?
- Ale ja mam zamiar uczyć się jeździć moim nowym samochodem … także mam już plany na ten dzień. – odpowiedziałam wolno. Usłyszałam okrzyk radości.
- No i świetnie! Jus nauczy cię jeździć! Ma prawo jazdy więc myślę, że da radę,  tylko nie przekraczajcie prędkości. Głupio by było gdybyście dostali mandat. – powiedział mężczyzna, a ja wywróciłam oczami. Zapowiadał się cudowny dzień!
Oczami Vanessy:
Zobaczyłam, że Vic z jakiegoś powodu mina zrzedła. Totalnie jej nie rozumiałam! Dostała takie cudeńko i jeszcze jest nie zadowolona? Wooow! Ja powinnam być nie zadowolona mam kaca jak cholera! Czuje się fatalnie! Usłyszałam dźwięk oznaczający przychodzące połączenie, na wyświetlaczu pojawiło się imię „Logan”. Odebrałam.
- Co jest? – zapytałam.
- Mam wolny wieczór, skarbie. – odpowiedział z dzikim śmiechem. Zmarszczyłam brwi.
- I co w związku z tym? – udawałam głupią, chodź doskonale wiedziałam o co mu chodzi. Byłam jednak zbyt zmęczona na igraszki z tym szalonym chłopakiem.
- Może byś wpadła? Zabawilibyśmy się. – powiedział.
- Log to, że ty masz wolny wieczór nie znaczy, że ja także. Tak się składa, iż umówiłam się już z kimś.
- Znów z Rodrickiem? To gej! Nie może ci dać tego czego ja.
Logan był zbyt pewny siebie, co zaczęło mnie irytować. Chciałam mu pokazać, że wcale nie jestem gorsza i Rodrick to nie moje jedyne towarzystwo.
- Otóż dzisiejszy wieczór spędzam z Harrym. Pamiętasz? Poznałeś go wczoraj na imprezie.
- Tak pamiętam ale on cały czas rozmawiał z Eleanor …
- Tak to prawda ale później umówił się ze MNĄ. – powiedziałam dając specjalny nacisk na ostatnie słowo. Chłopak ciężko westchnął. Wiedziałam, ze był rozczarowany co dało mi jeszcze większą satysfakcję. – Muszę kończyć pa! – pożegnałam się i rozłączyłam a potem uśmiechnęłam pod nosem. Logan na pewno zwija się z zazdrości!
                                                                                  ***
Kolejną rzeczą, którą musiałam zrobić było urzeczywistnienie mojego planu. Musiałam i chciałam umówić się na randkę z Harrym. Co prawda nie dawno go poznałam ale przecież nie każde moje spotkanie musi się skończyć w łóżku. Zresztą jestem pewna, że on by nie chciał, a przynajmniej nie wygląda na takiego. Chociaż … chodzi do klubów ze striptizem więc … hm … a może moje pierwsze wrażenie było mylne? Nie chcąc się nad tym dłużej zastanawiać otworzyłam furtkę prowadzącą do domu chłopaka. Akurat w tej chwili musiała tamtędy przechodzić ta szmata, Calder.
- Czego tu szukasz? – spytała ostro. Prychnęłam pod nosem.
- Idę się umówić na randkę z Harrym. Wiem, że byś chciała ale cóż …
- Coo? – dziewczyna roześmiała się. – My już jesteśmy umówieni na dzisiaj. Nie mówił ci? – zrobiła oczy szczeniaczka. Na moment zabrakło mi tchu. Jak to się z nią umówił? To nie możliwe! Ona na pewno sobie żartuje! Nie mógłby! Przecież … przecież on miał być ze mną! Nie z Eleanor, ona robi maślane oczka do Louisa! Niech Harrego zostawi w spokoju.
- Owszem mówił. – powiedziałam chcąc wyjść jakoś z tego. – Przyszłam omówić szczegóły jutrzejszego spotkania. Ojć, nie mówił ci? – teraz ja zrobiłam oczka szczeniaczka. Widziałam, że El jest zazdrosna i dobrze tak suce! Dziewczyna odchrząknęła i odwróciła się na pięcie.
- Po dzisiejszym spotkaniu odwoła wasze jutrzejsze. – powiedziała i oddaliła się. Ja tymczasem miałam ochotę się płakać! Jak mógł coś takiego zrobić? Co za dupek! Myślałam, że jest zainteresowany mną a nie ją! Cholera! Pierwsze wrażenie zawsze mnie zmyli, ale to nie znaczy, że nie będę dalej walczyć o Harrego. Co to, to nie. Mam tajny plan …
Oczami Victori:
Justin jak zwykle przyszedł totalnie spóźniony. Naprawdę nie rozumiem tego chłopaka. Mnie jedna impreza w tygodniu by wystarczyła, a ten imprezuje praktycznie codziennie i to jeszcze zalewa się totalnie w trupa! Oparłam się o samochód i wypatrywałam go z ciężkim westchnieniem. Co chwila patrzyłam na wyświetlacz w telefonie. Mógłby chociaż zadzwonić jaśnie pan! Po kilku minutach podjechało czarne autko, a z niego wysiadł Jus we własnej osobie w ciemnych okularach. Wyglądał oszałamiająco. Gdyby Rodrick go teraz zobaczył na pewno rzuciłby się na niego.
- Elo. – powiedział machając mi lekko dłonią.
- Hej. – odpowiedziałam wywracając oczami. Co mam mu może paść do stóp? – Czemu nie zadzwoniłeś, że się spóźnisz?
- Przepraszam, obraziłem jaśnie pani dumę? – odburknął. Nie zdążyłam odpowiedzieć, ponieważ rzekł: - Wsiadaj do samochodu i jedźmy. Musimy pokazać się dziennikarzom jako zakochana parka.
- Powinniśmy się najpierw przywitać jakimś całusem w policzek czy cokolwiek. – powiedziałam cicho i pomyślałam, że Justin tego nie usłyszał, a jednak. Podszedł do mnie i musnął lekko mój policzek na co się zarumieniłam.
- Witaj skarbie. – rzekł z szerokim uśmiechem chodź mam wątpliwości czy nie był wymuszony. Wywracając oczami wsiadłam do samochodu i odpaliłam. Nie wiem czy damy radę się dogadać. To będzie naprawdę trudna jazda.
Oczami Vanessy:
- Co? Ty chyba sobie żartujesz? – zapytał Rodrick totalnie zaskoczony moją propozycją. Ciężko westchnęłam.
- Jako dobry przyjaciel powinieneś to zrobić. – stwierdziłam poważnie, a ten wziął głęboki oddech.
- Nie uważasz, że to przesada? Skoro woli tą całą Eleanor …
- Nie woli, jasne? – warknęłam ostro, aż samą siebie zaskoczyłam. – To znaczy … przepraszam po prostu myślałam, że po tygodniu uda mi się go zaciągnąć do łóżka, a tu jakaś suka się wtrynia. – usiadłam na kanapie z ciężkim westchnieniem. – To jak? Zrobisz to dla mnie? Proszę?
- Van … ja … okej. Zrobię to. – powiedział z ciężkim westchnieniem. Uradowana podbiegłam do niego i dałam mu całusa w policzek.
- Jesteś kochany Rodrick! – pisnęłam.
- W sumie, skoro Justin może udawać chłopaka Victori to ja mogę udawać twojego przez jeden wieczór. – odpowiedział z uśmiechem.
Oczami Victori:
To po prostu jakiś horror! Justin darł się na mnie co 5 minut, że źle jadę, że nie patrzę na światła, że zaraz nas zabije! Tak właściwie pewnie martwił się o swoje bezpieczeństwo a nie o moje, co nie zmienia faktu, że ta podróż to była jakaś masakra. Byłam wściekła na Justina!
 - Zamknij się, zamknij się, zamknij się! – wrzeszczałam, na co w końcu przymknął paszczę.
- Nie podnoś na mnie głosu! – krzyknął.
- O przepraszam tato! Nie wiedziałam, że mam zwracać się do ciebie z szacunkiem! Zmyliło mnie twoje bezczelne podejście do mnie!
Justin wywrócił oczami.
- Jeżeli zamierzasz się tak zachowywać to wysadź mnie z samochodu. – powiedział na co kiwnęłam głową z ochotą i się zatrzymałam. Kapryśny piosenkarz otworzył powoli drzwiczki i z ociąganiem opuścił samochód. Pewnie do ostatniej chwili miał nadzieje, że go zatrzymam i przeproszę HA HA HA ! Bardzo zabawne panie Bieber! Kiedy nie było go w moim cudeńku nacisnęłam pedał gazu i z piskiem opon odjechałam. – Ale zaraz! Dokąd to paniusiu?! Nie masz prawa jazdy! – wrzeszczał, ale ja to olałam. Po kilku minutach rzeczywiście do mnie dotarło, ze nie umiem prowadzić samochodu. Zaczęłam lekko panikować. A jak zaraz zatrzyma mnie policja? Dobry Boże, co wtedy będzie? Gwałtownie się zatrzymałam i zaczęłam ciężko oddychać. Tylko nie panikuj Vic, tylko nie panikuj. – powtarzałam sobie w myślach. Wyjęłam telefon i wybrałam numer do Zayna.
- Cześć Zay. Musisz mi pomóc, a Vanessa nie odbiera. – skłamałam. Przecież nie mogłam powiedzieć, że automatycznie wykręciłam do niego numer.
- Jasne. Mów o co chodzi?
- Jestem przy privent street 4 i prowadziłam samochód przez 5 ulic bez prawa jazdy! – powiedziałam ze zdenerwowaniem.
- Nie denerwuj się, Vic. Zaraz po ciebie przyjadę. – odparł uspokajającym głosem. – Tylko zabiorę kogoś ze sobą aby poprowadził do domu twoje auto, zgoda?
- Jasne. Dzięki. – odpowiedziałam i rozłączyłam się. On jest cudowny! Prawdziwy przyjaciel! Szkoda, że muszę udawać dziewczynę Justina … ach, codziennie tego żałuje, ale na razie to moje jedyne źródło utrzymania, a muszę przyznać, ze dostaje za to całkiem sporą ilość kasy.
                                                                                  ***
 Dokładnie po 23 minutach przyjechał Zayn swoim samochodem z Cheri i Roxy w środku. No tak! Mogłam się spodziewać, że one bez siebie nigdzie nie pójdą. W sumie były na swój sposób słodkie, chodź Roxy wolała tego nie okazywać. Brzydziła się jakimikolwiek głębszymi uczuciami.
- Cheri i Roxy pojadą twoim samochodem, a ty wsiadaj do mnie. – powiedział Malik z szerokim uśmiechem. Może miałam wrażenie, ale wydawało mi się, że był szczęśliwi iż to właśnie z nim jadę. Ale to pewnie wrażenie.
- Nie chcę wszczynać paniki ale po drodze zostawiłam Justina. – odpowiedziałam lekko ze wstydem. Zay parsknął śmiechem, myśląc zapewne, że to żart. W końcu kto normalny zostawiłby Justina Biebera na środku ulicy?
 - O Boże ty serio. – powiedział z poważniejąc.
- No niestety. Ten laluś działał mi na nerwy. A teraz boje się, że coś mu się stało. – powiedziałam spuszczając głowę. Po chwili ktoś do mnie zadzwonił to był menadżer Justina. Otworzyłam szeroko oczy z przerażenia. – Heeeeej.
- Vic? Co ty odpierdalasz? Tobie naprawdę się w głowie poprzewracało? Żeby zostawiać Justina na środku drogi?
- Tak, tak wiem. Mogło coś mu się stać. – odpowiedziałam.
- Nie o to chodzi! A jakby zobaczył was jakiś reporter? Masakra.
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Gdyby nie Rodrick nikt by się Jusem nie przejmował. Bieber powinien Bogu dziękować, że ma takiego chłopaka, a on go pewnie jeszcze zdradza. Nie wierzę, że mając na imprezie tyle ciach zachowuje rozsądek.
- Przepraszam ale on był okropnie wkurzający. – wyznałam z ciężkim westchnieniem.
- Wiem, że Jus jest nie do wytrzymania i nie tylko dla ciebie, swoją drogą to nawet cię podziwiam, że go jeszcze nie zabiłaś.
Wybuchnęła śmiechem.
- A wszystko z nim w porządku?
- Tak, tak jest cały i zdrowy ale okropnie na ciebie przeklina.
Przygryzłam lekko wargę.
- No cóż, najwyżej mi nie zapłaci. – odparłam bezproblemowo. Albo mi się zdawało albo jego menadżer się roześmiał. Potem się rozłączyłam i kiwając w stronę Zayna wsiadłam do jego samochodu. – Jedźmy.
Oczami Vanessy:
Byłam prawie gotowa do wyjścia! Jestem pewna, że zrobię wrażenie na Harrym i będzie mega zazdrosny! Już moja w tym głowa! Padnie trupem gdy zobaczy mnie z Rodrickiem świetnie się ze sobą dogadujących. Nagle wyjrzałam przez okno i co zobaczyłam? Eleanor wita się z Harrym całusem w policzek! Ta suka właśnie rozpętała wojnę!


 ____________________________________________________________
Pomysły mam rozpisane do odcinka bodajże 18 :) ale jeszcze przyjemniej by mi się pisało gdybyście komentowali. Także grzecznie proszę o jakiekolwiek komentarze!!! Bo nie wiem czy nowe ff wam sie podoba czy też nie. 
czytasz = komentujesz