poniedziałek, 8 czerwca 2015

Łamacze serc 1x11 I want to be good

Oczami Vanessy:
Przeglądałam Internet, szukając jakieś satysfakcjonującej mnie pracy. Głupio jest być w wieku 23 lat na utrzymaniu młodszej przyjaciółki i brata. Dobrze, że oni o tym nie wiedzą.  Zresztą zarabiają tyle, że nawet się nie połapali. Wtem usłyszałam dziwny hałas. Zmarszczyłam brwi. Po chwili drzwi się otworzyły i wszedł Louis trzymając się za czoło.
- Auć. Wpadłem na drzwi. – jęknął.
- I wyglądasz jak zombie. – odpowiedziałam znad ekranu laptopa.
- Dzięki. – mruknął ziewając i opadł na kanapę obok mnie. – Mogę się zdrzemnąć? – spytał.
- Jest dokładnie 12:23. – odpowiedziałam. – Ale jasne, możesz. – uśmiechnęłam się.
- Wybacz, ale nie mogę spać w nocy i chodzę jak żywy trup. – odparł usadawiając się na kanapie. - Każdy, nawet najmniejszy dźwięk mnie irytuje. A w dzień niestety nie mogę spać, ponieważ pracuję. O nie! – krzyknął wyciągając telefon. – Właśnie mój ojciec do mnie napisał, że mam być za 15 minut w firmie. Jeden pierdolony wolny dzień spisany na straty. Ja się wykończę.
- Rzuć tą pracę. Po za tym mogę cię zastąpić. – zaoferowałam się.
- Sorry, ale nie szukają amatorów, którzy sprowadzą firmę na stratę. – powiedział w rozbawieniu. – Jezu, gdybym chociaż mógł w nocy spokojnie się wyspać. Wiesz, że obudziłem się raz o 3:00 ponieważ wydawało mi się, że słyszę dźwięk sms o treści „jesteś potrzebny w firmie”? Wykończy mnie to. – jęknął wstając z kanapy. Wywróciłam oczami. Louis jest moim przyjacielem. Muszę mu pomóc. Jestem wredna ale dbam o przyjaciół.
- Zgoda. Dam ci moje tabletki.
- Nie chce tabletek na odchudzanie, nie są mi do niczego potrzebne.
- To nie są tabletki na odchudzanie.
- Serio, masz inne? – zdziwił się. – Na pewno są legalne?
- Tak. To chcesz te tabletki? – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Musiałbym wiedzieć na co.
- Nasenne. Na lepszy sen. – powiedziałam uśmiechając się. – Będziesz przesypiał całą noc, a rano będziesz jak nowo narodzony! – wstałam z kanapy i odłożyłam laptopa po czym poszłam do kuchni mu je dać.
- Czyli mówisz, że są legalne? – zapytał idąc za mną.
- Oczywiście, że tak. Przekupiłam mojego lekarza, aby mi je przepisał. – uśmiechnęłam się słodko.
- Czym?
- Zdjęciami z jego kochanką. – odpowiedziałam szczerze. – Zagroziłam, że pokażę jego żonie.
- Wow, jesteś największą intrygantką w historii. Przed tobą nic się nie ukryje. – stwierdził ze śmiechem. – Super, dzięki. – powiedział biorąc ode mnie tabletki. – I mówisz, że przespane noce gwarantowane?
- Jak najbardziej.
- Dobra, to ja lecę do firmy. Na razie! – pomachał mi.
- Hej. – odpowiedziałam. Vanessa Malik pierwszy raz zrobiła dobry uczynek. Mam nadzieje, że dostanę za to jakąś nagrodę od losu.
                                                                       ***
Wróciłam do szukania pracy. Sprzątaczka? No chyba żarty! Fryzjerka? Nie, nie znam się na tym. Ostatni raz obcinałam Zaynowi włosy w dzieciństwie. Miał tak krzywe, że nazywali go w szkole „krzywa wieża w pizie” w sumie to było zabawne. Sama wymyśliłam nawet to przezwisko. Recepcjonistka? Hm, w sumie mogłabym być recepcjonistką… co? Od 8:00 do 16:00? Nie ma mowy! Nie będę pracowała 8 godzin tak jak Zayn! Widzę jaki chodzi czasami przemęczony i nie ma nawet siły na imprezy! Nie chce stać się taka… normalna.
- Życie jest do dupy. – westchnęła Victoria wchodząc do salonu z lodami, które jadła łyżką.
- Rzucił cię facet? – zapytałam, chodź to było nie możliwe. Vic nie miała chłopaka, nie wiem czy kiedykolwiek miała.
- Gorzej. – jęknęła opadając na fotel. – Nie mam w co się ubrać.
Naprawdę. Na moment przestałam przeglądać oferty pracy i po prostu na nią patrzyłam jak na idiotkę. Czy ona tak poważnie? Zamartwia się, ponieważ nie ma w co się ubrać? Boże, ona zamienia się we mnie! Nie długo będziemy jednością. Wiedziałam, że mieszkanie ze mną tylko wyjdzie jej na dobre.
- Siostro. Tak długo czekałam. – powiedziałam łapiąc się za serce i patrząc na nią ze wzruszeniem.
- Nie w tym sensie co myślisz. – odpowiedziała oblizując łyżkę. – Nie mam w co się ubrać na galę na którą idę z Justinem. Byłam w pięciu sklepach. Nic co wzbudziłoby zachwyt. Justin na pewno wygra jakąś nagrodę i wszystkie kamery skierują się na nas. Nie chce wyglądać jak sierota. Będą mnie krytykować w każdym czasopiśmie. Stanę się pośmiewiskiem Internetu. To będzie…
- Czy jeżeli dam ci rozwiązanie twojego problemu to przestaniesz gadać? – przerwałam jej.
- Nie ma rozwiązania dla mnie. Jestem skończona przez wielkie S. – powiedziała nabierając na łyżeczkę kolejną porcję lodów.
- Nie do końca… - zaczęłam. – A co gdybyś spotkała się z projektantem, który zaprojektowałby dla ciebie taką kreację jaką chcesz? Czy to sprawiłoby, że przestałabyś siedzieć w za dużych dresach z lodami na kanapie?
- A znasz kogoś takiego?
- Tak się składa, że znam. – powiedziała dumna ze swoich znajomości. – Nazywa się Matt Martinez i ma 23 lata. Chodziliśmy razem do szkoły.
- I pierwszy raz o nim słyszę? – odpowiedziała nie dowierzając. – Gdybyś znała kogoś sławnego to już byś się tym chwaliła na prawo i lewo.
- Matt, on hm… - przygryzłam wargę. – Jest studentem.
- Kim jest? – wstała gwałtownie odkładając lody. – Van. Mnie nie jest potrzebny student! Tylko prawdziwy projektant który rozwiąże mój problem. To jest gala! Wiesz co to jest? Dobry wygląd to podstawa. Nie mogę wyjść w któreś z moich okropnych sukienek!
- Jest bardzo inteligentny. Studiuje różne kierunki w tym projektowanie ubrań. Zaufaj mi. No chyba, że chcesz iść na tą galę w któreś ze swoich okropnych sukienek…
- Nie! – krzyknęła przerywając mi. – Dobra, umów mnie z nim. Jakikolwiek by nie był to jest na pewno lepszy od moich beznadziejnych sukienek.
Uśmiechnęłam się. Pomogłam dzisiaj dwóm osobom. Jestem nie zastąpiona. Wybrałam więc numer do Matta. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Miejmy nadzieje, że okaże się łaskawy i pomoże nie po radnej Victorii, która nawet sukienki nie umie sobie znaleźć.
Oczami Harry’ego:
Mam dosyć krążących plotek na temat mojej orientacji! Cała okolica musi poznać prawdę. Inaczej nigdy nie skończą  się rzucane aluzje pod moim adresem, czy gapienie się napalonych gejów na mój tyłek, najczęściej w sklepie lub gdy wychodzę na spacer. Przez to o mało nie straciłem Vanessy. Koniec z tym. W tym celu wydrukowałem plakaty z napisem NIE JESTEM GEJEM. ALL THE LOVE, HARRY STYLES. A pod spodem widniało moje zdjęcie, na którym się uśmiechałem.
- Jednak postanowiłeś ciągle się okłamywać. – usłyszałem za sobą głos Steve’a, gdy wieszałem plakat na słupie. Zacisnąłem dłoń w pięść. Jeszcze moment, a stracę cierpliwość do tego człowieka i będzie z nim źle.
 - Nie okłamuje się. Nigdy nie byłem gejem. – powiedziałem.
- A ja nigdy nie korzystałem z usług azjatyckich prostytutek. Widzisz jak łatwo jest kłamać? Gorzej z powiedzeniem prawdy, ale nie martw się. Sprawię, że Alberto wydusi ją z ciebie, dosłownie. – powiedział z szerokim uśmiechem, trzymając ręce na klatce piersiowej.
- Okej, więc pozwól, że ja nadal się będę okłamywać, a ty dasz mi spokój, jasne? - popatrzyłem na niego uważnie.
 - Nie mogę dać spokoju kłamcy. Miałbym wyrzuty sumienia. – westchnął, a ja wywróciłem oczami i zająłem się dalszym rozwieszaniem plakatów. Nie mam sił do tego człowieka. Jemu chyba najbardziej w tej okolicy przydałby się jakiś dobry psychiatra. Potrząsnąłem głową. Nie będę poświęcał mu więcej myśli. On zajmie się swoim życiem, a ja swoim i wszyscy będą szczęśliwi. No może nie wszyscy… bo usłyszałem za sobą kolejny krzyk, przerażający, donośny i piskliwy. Uszy mi zaraz odpadną. Auć.
- Jak to nie jesteś gejem?! – wrzeszczała Eleanor. – Okłamałeś mnie! Jak mogłeś?!
- Eleanor, wyjaśnię ci to…
- Nie! – wrzasnęła. – Niczego mi nie będziesz wyjaśniać, rozumiesz?! Ty podły dupku! Cholera no! – tupnęła nogą. – Dlaczego mnie okłamałeś? Myślałam, że zostaniemy przyjaciółmi, a ty pewnie wolisz Vanesse! Zawsze musi być ode mnie lepsza! Myślałam, że ciebie nie omota, a ty chodzisz za nią jak pies! Brawo, ale zaczekaj aż ci złamie serce i nie, nie będę cię pocieszać. Radź sobie wtedy sam! Jebany palant! – po tych słowach odeszła. Westchnąłem. Zachowałem się bardzo nie fair. Powinienem ją przeprosić, ale musi ochłonąć. Teraz nie ma na to czasu zresztą. Muszę przekonać całą okolicę, ze lubię dziewczyny. Inaczej do końca życia będą mnie traktować jak kogoś gorszego.
Oczami Louisa:
Wczoraj wziąłem cztery tabletki od Vanessy, tak na wszelki wypadek, gdyby jedna nie zadziałała. Musiałem się wyspać bo czułem, że dłużej tak nie wytrzymam. Mój ojciec zdecydowanie za dużo ode mnie wymaga. Czuje się przytłoczony tym wszystkim. Dzisiaj w firmie znów mi się oberwało za spóźnienie, ale nie moja wina, że zaspałem. To wina tych tabletek. Chyba przesadziłem z ilością… ale Van nie mówiła aby zbyt dużo nie brać. W każdym razie siedziałem właśnie na nudnym spotkaniu biznesowym. Ojciec omawiał nowy kontrakt, a ja udawałem, że mnie to cokolwiek obchodzi. Nie chce takiego życia. Chciałbym robić coś co naprawdę  kocham i sprawia mi przyjemność, ale każdy za takie pieniądze co tu zarabiam by się męczył. Mam szczęście, że mam dzianego ojca. Po chwili poczułem jak moje powieki robią się cięższe  i cięższe. Nie wiem nawet kiedy opadły… dopiero obudził mnie czyjś donośny głos, nawet bardzo donośny. Momentalnie wzdrygnąłem się wylewając prze okazji łokciem kawę
- Co jest? Popierdoliło cię? – krzyknąłem i nie zdążyłem ugryźć się w język. Niech to szlag. Ojciec wbijał we mnie pełne nienawiści spojrzenie. – To znaczy… kocham cię tato. – uśmiechnąłem się słabo.
- Za mną. – powiedział przez zaciśnięte zęby i wyszedł z pomieszczenia.
- Tato wzywa, wiecie. Rodzinne sprawy. To ja ten… będę leciał, nie? – powiedziałem do inwestorów i wyszedłem truchtem. – O co chodzi? – zapytałem.
- Ty naprawdę pytasz o co chodzi? Naprawdę? To jest twoje pierdolone pytanie? A może przeprosiny najpierw, co? Za skompromitowanie mnie przed ważnymi ludźmi? – jego ton zdradzał, że nie ma żartów. Przesadziłem. Wiem.
- Przepraszam. – westchnąłem.
- Najpierw się spóźniasz, potem zasypiasz na spotkaniu i w końcu odzywasz się do mnie bezczelnie. Ze mną nie ma żartów. – powiedział poważnym tonem. – Dlatego zwalniam cię.
- Co?! – krzyknąłem.
- Masz czas do wieczora na zabranie swoich rzeczy. – powiedział i wrócił do pomieszczenia. Dosłownie zatkało mnie! Czy on to naprawdę powiedział? Zwolnił mnie? Co ja teraz będę robił? Z czego będę żyć? Cholerne tabletki! Chociaż miałem pracę bez nich, no i co, że byłem o krok od wykitowania!
Oczami Vanessy:
- Wiesz… - zaczęłam, gdy siedzieliśmy z Zaynem w salonie i opychaliśmy się chipsami oglądając nudny film. – Staje się dobrym człowiekiem. 
- Ty? – mój brat roześmiał się głośno, aż za. Dosłownie nie mógł się opanować. To było dziwne oglądać aż taki wybuch śmiechu, tym bardziej, że mówiłam całkowicie poważnie. Co jest z tym światem? – Rozbawiasz mnie Van, serio. – powiedział przecierając oczy. Świetnie! Popłakał się ze śmiechu. Dupek.
- Mówię poważnie. Pomogłam dzisiaj dwóm osobom. Louisowi i Victorii. – uniosłam dumnie głowę. – I nikt, powtarzam nikt nie powie mi już, że jestem do dupy. – powiedziałam z pełnym przekonaniem. Wszystko zniszczyło otworzenie się drzwi i wejście Louisa, który krzyknął:
- Jesteś do dupy!
- Co? – podniosłam się aż z wrażenia. – Tak mi się odpłacasz za pomoc?
- Twoje tabletki są do dupy! I ty też. I on też. – Lou wskazał palcem na Zayna.
- Hej! Dlaczego ja?
- Nie wiem. Jestem wściekły. – odpowiedział chłopak, aż gotując się wręcz ze złości. – Przez twoje tabletki straciłem pracę, a co za tym idzie to twoja wina.
- Moja? Przepraszam bardzo co? – nie mogę uwierzyć w to jaki Louis jest bezczelny. Miałam go za innego chłopaka.
- Nie mówiłaś, że cztery tabletki to za dużo!
- Wziąłeś cztery tabletki? – spytałam z niedowierzaniem.
- Tak, a co? – założył ręce na klatkę piersiową.
- Ja zazwyczaj biorę pół. – wyznałam. – Myślałam, że weźmiesz góra jedną. Miałam cię za odpowiedzialnego chłopaka, ale tobie trzeba mówić jak dziecku, jezu. – pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- W każdym razie, jestem bezrobotny! Ciesz się! – krzyknął i wyszedł z mojego domu trzaskając drzwiami.
- Mówiłaś coś o byciu dobrym człowiekiem? – odezwał się Zayn.
- Zamknij się. – rzuciłam wściekła. Trzeba pomóc Louisowi. Udowodnię, że nie taki zły diabeł jak go malują. Pomogę mu odzyskać pracę i nauczę jak należy brać poprawnie tabletki nasenne.
Oczami Victorii:
Po tym jak Vanessa zadzwoniła do Matta, zaproponował on spotkanie w swojej pracowni. Dostałam adres na kartce i trochę się motając w końcu dotarłam na miejsce. Już sobie go wyobrażam, ma 23 lata studiuje kilka kierunków, niee, on nie może być miły. Będzie zgrywał wielkiego panicza i robił mi w ogóle łaskę z czegokolwiek. Na pewno ma włosy postawione wysoko na żel i ubrania droższe niż moje wszystkie razem wzięte. To się nie może udać, ale nie mam wyboru. Lepszy rydz niż nic, jak to powtarzała moja mama. Zapukałam do drzwi, ale nie usłyszałam odpowiedzi. Zastanawiałam się przez moment czy mimo to wejść. Postawiłam wszystko na jedną kartę i nacisnęłam klamkę, a moim oczom ukazało się duże i przestronne pomieszczenie z kilkoma manekinami, na których znajdywały się naprawdę dobre projekty. Jeśli ten Matt jest zapatrzonym w siebie dupkiem to z takim talentem ma pełne prawo. Jest genialny! Szkoda, że na razie nie wiem jak wygląda, bo zrobił na mnie wrażenie. Znajdowała się też tablica korkowa, na której przypięte były różne zdjęcia, zapewne jego inspiracje. Stała też oczywiście kanapa i mały stolik. Jak na studenta to nie źle sobie urządził gniazdko do pracy. Podeszłam do manekina z czerwoną, długą sukienką i dotknęłam jej. Wow, materiał musiał być naprawdę drogi. Mój zachwyt przerwało jednak czyjeś wejście z drugiego pokoju. Momentalnie drgnęłam i odwróciłam się w tamtą stronę. Przede mną wcale nie stał chłopak, który wyglądał na typowego narcyza, ale zwykły, uroczy i sprawiający wrażenie miłego chłopak. Miał na sobie granatowy sweter, tego samego koloru beanie na głowie i okulary z czarnymi oprawkami, do tego czarne rurki i vansy. Wyglądał na naprawdę seksownego kujona. Zazdroszczę jego dziewczynie, bo zakładam, że ją ma. Taki chłopak na pewno nie może być singlem.
- Victoria, tak? – Matt przerwał ciszę.
- Tak. A ty jesteś, Matt? – odpowiedziałam. Chłopak uśmiechnął się.
- W rzeczy samej. – powiedział i wyciągnął w moją stronę dłoń, którą uścisnęłam. – Wiem, że pewnie jesteś rozczarowana, bo zapewne spodziewałaś się bardziej profesjonalnej pracowni, ale na razie na tyle mogę sobie pozwolić. – dodał, czym wzbudził we mnie litość. On jest naprawdę uroczy i chyba nie ma pojęcia jaki ma talent.
- Nie, nie. Jest super. Nawet to wygląda lepiej niż sądziłam, serio. Wyobrażałam sobie ciebie jako zapatrzonego w siebie studenta, który lubi się przechwalać, a dostałam całkiem skromnego chłopaka i nie mam pojęcia dlaczego właśnie to powiedziałam. – roześmiałam się.
- Jest okey. – powiedział w rozbawieniu. – Vanessa mówiła, że udajesz dziewczynę Justina Biebera, tak? – spytał marszcząc brwi.
- Cóż, tak. Nie musiała mówić, że „udaje”, ale to cała Vanessa. – powiedziałam.
- Wiem. Musi zawsze dostać to czego chce. Nienawidzę takich osób. – odpowiedział podchodząc do stołu na którym leżały różne projekty.
- Ale dla Vanessy zrobiłeś wyjątek. – powiedziałam i usiadłam obok niego na kanapie.
- Tak, tak. Jasne. – mruknął cicho, za cicho! Coś mi tu nie gra… Vanessa mówiła, że znają się od dzieciństwa tymczasem on… cóż, wydaje mi się, ze za nią nie przepada. – Przyjaźnicie się? – zapytał nie patrząc na mnie.
- Od kilku lat. Mieszkamy razem. – powiedziałam kiwając głową.
- Jezu, to musi być straszne. – Matt spojrzał na mnie. – Nie masz czasem ochoty popełnić samobójstwa przez to?
Serio. Otworzyłam usta aby coś powiedzieć, ale żadne sensowne słowa nie chciały z nich wyjść. Vanessa nie wspomniała, że się nienawidzą. Właściwie z jej tonu wyczytałam, że są dobrymi przyjaciółmi.
- Pewnie cię to zdziwi, ale nie. – odparłam nadal będąc w szoku. – Naprawdę ją lubię.
- Okeeeey. – mruknął zaskoczony.
- Nie zrozum mnie źle… - zaczęłam. – Ale dlaczego jej nie lubisz?
Matt w pierwszej chwili się roześmiał, a potem poprawiając okulary spojrzał na mnie.
- Nie lubisz to delikatnie mówiąc mało powiedziane. Ja jej nienawidzę. – powiedział.
- Cóż, potrafi być irytująca czasami…
- Irytująca potrafi być moja mama. – przerwał mi. – Vanessa jest potworem.
- Chyba ją za surowo oceniasz… - starałam się być miła, chodź nie podobało mi się, że obraża moją przyjaciółkę.
- Mówiła pewnie, że znamy się ze szkoły, co?
- Tak, tak mówiła. – pokiwałam głową.
- Dokładniej rzecz mówiąc z liceum. Miałem wtedy 16 lat i… miałem z jej powodu myśli samobójcze. Nie byłem wtedy lubiany, wiesz, dzieciaki nie lubią osób, które dobrze się uczą i są chwalone przez nauczycieli. Właściwie miałem jednego przyjaciela tylko, który odwrócił się ode mnie przez Vanesse. Nastawiała wszystkich przeciwko mnie. Wyśmiewała mnie, obrażała i podstawiała nogę na stołówce albo po prostu obrzucała jedzeniem. Na początku to były jej zdaniem po prostu niewinne żarty, ale potem… potem zrobiła mi coś o czym wolałbym zapomnieć raz na zawsze. Jednak mogę być też jej wdzięczny, bo dzięki temu, ze wszyscy mnie nienawidzili nauczyłem sobie radzić sam i oto jestem tu gdzie jestem. Bez niczyjej pomocy. Oczywiście gdy Van dowiedziała się, ze tak świetnie sobie radzę skontaktowała się ze mną rok temu i udawała, że jej przykro. Gówno prawda. Wcale jej nie było przykro. Uczęszczam też na zajęcia z psychologii i wiem kiedy ktoś kłamie, więc przejrzałem ją. Potrzebowała mojej pomocy w jednej sprawie. – zakończył mówić. Westchnęłam. Tak, to naprawdę nie brzmiało dobrze. Zastanawiałam się tylko o czym mówił Matt? Co zrobiła mu takiego, że wolałby o tym zapomnieć?
- Um, to nie brzmi dobrze… - zaczęłam, ale znów mi przerwał.
- Przepraszam. Nie wiem dlaczego ci o tym powiedziałem. Przyjaźnicie się to logiczne, że będziesz jej bronić. Zapomnij o tym.
- Nie, nie. Jest w porządku. Znam Vanesse i wierzę ci w każde złe słowo, które o niej powiesz, serio, gdybyś powiedział coś dobrego wtedy rzuciłabym kategoryczne NIE. Ale w tym wypadku jestem skłonna ci uwierzyć.
Matt uśmiechnął się.
- Dzięki. – powiedział, a po tych słowach nastąpiła niezręczna chwila ciszy. Chciałam coś powiedzieć, ale ubiegł mnie jak zwykle. – Czyli potrzebujesz sukienki na gale, tak?
- Tak. – potwierdziłam stanowczo. – Tylko wolałabym coś skromnego, wiesz, nie wyzywającego. Takiego jak ja. Niewinnego.
- Chyba rozumiem co masz na myśli. – rzucił i przystąpił do szkicowania. Ja tymczasem siedziałam i uważnie go obserwowałam. Jest naprawdę fajnym chłopakiem. Szkoda tylko, że nienawidzi Vanessy, bo czuje, ze moglibyśmy się zaprzyjaźnić, ale w sumie nic nie stoi na przeszkodzie, prawda?
Oczami Vanessy:
Plan pod tytułem „Vanessa staje się lepszym człowiekiem” wprowadzony w życie. Szłam właśnie do firmy ojca Louisa z zamiarem przekonania go, że zwolnienie jego syna to najgorsza rzecz jaką mógł zrobić. Już miałam w głowie wszystko ustalone, co powiem. Wmówię mu, że spisze firmę na straty i będzie zarabiać mniej, a co za tym idzie, nie pojedzie na kolejne wakacje za granice tylko zostanie w domu oglądając powtórki mody na sukces. Mam nadzieje, że mi uwierzy. Weszłam do firmy i… no cóż, oczywiście problemem będzie przejście przez recepcje. Jasna cholera. Przecież nie wpuszczą pierwszej lepszej laski z ulicy. Muszę coś wymyślić. Uniosłam więc wysoko głowę i próbowałam udawać, że tu pracuje. Wiecie, pewny krok, pewna siebie postawa, to sprawi, że ta głupia recepcjonistka, nawet nie pomyśli, że mogę tu nie pracować.
- A pani dokąd? – zapytała, gdy chciałam przejść niepostrzeżenie obok. Zatrzymałam się.
- Pracuje tutaj. – odpowiedziałam nonszalanckim tonem.
- Nazwisko?
- E, M-Mercedes. Vanessa Mercedes. – powiedziałam w końcu.
- Z tego co się orientuje nie pracuje tu nikt o tym nazwisku. – zmarszczyła brwi. – No i nigdy tu pani wcześniej nie widziałam.
- Bo ja tu pierwszy raz. Przyszłam właściwie na rozmowę o pracę. – jezu, jak ciężko mi szło kłamstwo, zwykle poszłoby jak z górki, ale dzisiaj naprawdę się stresowałam. Nie wiedzieć czemu. Może dlatego, że to było dla mnie takie ważne?
- Pan Tomlinson nic nie mówił.
- Bo on sam nie wie. – rzuciłam ze śmiechem. – Właściwie to jestem żoną jego syna, Louisa. I przyszłam zrobić niespodziankę teściowi.
- To w końcu pani przyszła na rozmowę o pracę czy jest żoną jego syna?
- Czepiasz się szczegółów. – mruknęłam zirytowana. – To i to. Chce pracować w firmie teścia, to źle?
- Nie, oczywiście, że nie. To ja może zadzwonię do pana Tomlinsona i mu o tym powiem. – mówiąc to podniosła słuchawkę i zaczęła wybierać numer. Teraz albo nigdy. Nie zastanawiając się długo, zaczęłam biec przed siebie na szpilkach. Kobieta zaczęła coś za mną krzyczeć, ale nie słuchałam jej. Cholera, cholera, gdzie może być biuro ojca Louisa? Pobiegłam schodami na górę, nie chcąc tracić czasu na windę. Zawsze może mnie ochrona złapać, gdy będę na nią czekać. Jakiś mężczyzna właśnie schodził, zaczepiłam go.
- Hej. Jestem Vanessa, przyszła żona syna pana Tomlinsona. – powiedziałam. – Wiesz, gdzie jest jego biuro? Wiesz, jestem tu pierwszy raz. Tylko się pospiesz z odpowiedzią. – rzuciłam patrząc w zdenerwowaniu za siebie. Czas mnie goni jak cholera.
- 404. – odpowiedział nie pewnie. – To Louis ma narzeczoną? Nie wiedziałem.
- A widzisz. Taka niespodzianka. – uśmiechnęłam się i kontynuowałam mój bieg. Gdy dotarłam na górę, musiałam pokonać jeszcze długi korytarz. 401,402,403 o jest! 404! Stanęłam wiec przed drzwiami, poprawiłam fryzurę i bez pukania weszłam do środka. Tam na fotelu siedział mężczyzna, koło 50.
- Dzień dobry panie Tomlinson. – powiedziałam uśmiechając się. Wtedy mężczyzna na mnie spojrzał, a mnie zatkało. Jasna cholera! To się nie dzieje naprawdę. Jestem w jakieś cholernej ukrytej kamerze, czy co? – Mark?! Co ty tu robisz? Gdzie pan Tomlinson?
- To ja jestem pan Tomlinson. – odparł poważnie. – Vanessa? Nie sądziłem, że kiedykolwiek cię jeszcze spotkam. Uciekłaś, pamiętasz?
- Tak, bo zaczynałeś się we mnie zakochiwać, nie mogłam na to pozwolić. – powiedziałam. Jezu, byłam kompletnie przerażona. A chciałam być dobrym człowiekiem, szlag. Przeszłość zawsze musi dać o sobie znać. Tak, tak Mark Tomlinson był jednym z wielu moich kochanków. Poznaliśmy się przypadkiem w centrum handlowym w dziale bielizny damskiej. Pytałam go czy mi dobrze w czerni, a on ślinił się patrząc na mnie, więc skończyliśmy całując się w przymierzalni. Potem zabrał mnie na wakacje na wyspy Kanaryjskie, a gdy zaczęło się robić zbyt poważnie zwiałam mu pierwszym samolotem i nigdy mnie już nie zobaczył, ani ja jego.
- Wow, co za spotkanie. – powiedział i wstał podchodząc do mnie. Cofnęłam się.
- Nie. – wyciągnęłam przed siebie dłoń. – Nie rób tego. Przyszłam tu w interesach.
- Czyli?
- Jestem przyjaciółką Louisa, pamiętasz? Twojego syna. – uśmiechnęłam się sztucznie. – Którego zwolniłeś.
- Tak, pamiętam. Zasnął na ważnym spotkaniu. Nie myśl sobie tylko, ze przywrócę go do pracy. Nie ma mowy. Ale w zamian ciebie mogę zabrać na kolację.
- Czy ty czasem nie masz żony?
- Miałem. Rozwiedliśmy się. – rzucił.
- Ale gdy się spotykaliśmy miałeś, prawda?
- Cóż, tak, ale co to ma do rzeczy?
- To, że mogę zawsze powiedzieć o tym Louisowi. Chcesz aby cię znienawidził, a co gorsza powiedział twojej byłej żonie o tym? Chyba nie. Więc mam dla ciebie małą propozycję…
I tym oto sposobem wymusiłam na nim, aby przywrócił z powrotem Louisa do pracy w zamian za moje milczenie. Jednak czasem moja przeszłość na coś się przydaje.
- Jak tego dokonałaś? – zapytał mnie Lou, który nie mógł wyjść z szoku gdy mu o tym powiedziałam.
- Wiesz, ma się te znajomości. – odpowiedziałam z cwanym uśmieszkiem. Mam tylko nadzieje, że to pozostanie moją słodką tajemnicą i nikt nigdy się o tym nie dowie…
__________________________________________________________________
Kto polubił Matta? Wprawdzie w 1 sezonie będzie pojawiał się gościnnie, ale już 2 sezonie, mam w planach zrobić z niego jedną z pierwszoplanowych postaci :) i wątpię aby ktokolwiek zgadł z kim będzie haha :) 

piątek, 5 czerwca 2015

Łamacze serc 1x10 First date and broken hearts

Oczami Vanessy:
Właśnie nalewałam soku do szklanki, gdy poczułam, że ktoś uparcie mi się przygląda. Postanowiłam nie zawracać sobie tym głowy i nadal wykonywać swoją czynność. To jednak stało się męczące, gdyż czułam, że ten „ktoś” spogląda na mnie z pretensjami. Odwróciłam się, trzymając szklankę pomarańczowego soku.
- Nie powiesz mi? – zapytała Victoria.
- O czym? – zapytałam upijając łyk płynu.
- Serio Van, najpierw beczysz i planujesz samobójstwo bo twój obiekt westchnień jest gejem, a gdy w końcu się z tobą umawia to udajesz, że nic nie zaszło i żyjesz sobie jak gdyby nigdy nic! – powiedziała zirytowanym tonem wstając.
- Czekaj. – powiedziałam sprawiając, że Vic z powrotem usiadła. – Właściwie to inaczej wyobrażałam sobie naszą randkę.
- Czyli jak? – zmarszczyła brwi. – Zabrał cię do  taniej restauracji i nie dał bukietu róż?
- Wiesz, jeśli pomyśleć w ten sposób, to inaczej wyobrażałam sobie naszą randkę razy dwa. – powiedziałam siadając naprzeciwko mojej przyjaciółki. – Ale nie o to chodzi. A więc…
W tym momencie do pomieszczenia wszedł Zayn mówiąc:
- Słyszeliście najnowsze plotki?!
- Cicho! – syknęła Victoria, a potem zdała sobie sprawę do kogo to powiedziała. – Wybacz. Po prostu Vanessa opowiada mi o swojej randce i…
- Harry jest gejem! – powiedział podekscytowany Malik. – Szkoda, że nie jest sławny. Plotki o homoseksualistach zawsze dobrze się sprzedają. Szkoda, że nie mogę napisać, że Justin jest homo. Wiecie, jego zarząd by mnie zabił.
- Wiemy to. – wywróciłam oczami. – Coś jeszcze? Nie? To wynocha.
- I ciebie to w ogóle nie rusza? – zdziwił się.
- Okey więc… to takie straszne! Mój boże! Czuje się załamana. Nie wiem jak to przeżyje! – udawałam przejętą. – Już? Wystarczy?
- Może trochę bardziej teatralnie to zagraj, co? – widząc moje spojrzenie dorzucił podnosząc ręce w geście obronnym: - Nic nie mówię.
- Harry nie jest gejem. – powiedziała Victoria. – Udawał bo chciał się pozbyć Eleanor.
- Musiałaś mu tak szybko mówić? – zapytałam z wyrzutem.
- Serio? Cholera. Gdyby się stał sławny to zebrałbym na nim krocie. – powiedział mój brat spuszczając głowę.
- I jak potoczyła się wasza randka? – spytała Vic patrząc na mnie wyczekująco.
- Na pewno nie opowiem przy nim. – wskazałam na Zayna.
- A ja się nie zamierzam stąd ruszać. – uśmiechnął się Malik cwaniacko.
- Chodźmy do mojego pokoju. – powiedziała Victoria ciągnąc mnie za dłoń.
Oczami Harry’ego:
Nagrywałem właśnie kolejny cover piosenki, którą miałem zamiar wrzucić na mój kanał na youtube, gdy przerwał mi dzwonek u drzwi. Poszedłem więc otworzyć, przeklinając pod nosem, ponieważ moi fani już dwa tygodnie czekają i otrzymuje sto wiadomości dziennie o treście „GDZIE KURWA NOWY COVER?” a ja muszę grzecznie odpowiadać „Jak nagram słońce. All the love. H” chociaż szczerze wolałbym napisać „Jak kurwa nagram!”
- Steve? – powiedziałem patrząc na grubego 45 – latka, który patrzył na mnie z uśmiechem. – Nie skorzystam z usług twoich prostytutek.
- Spokojnie. – machnął ręką. – Teraz już znam prawdę, więc mogę ci zaproponować inne warunki.
- Jakie… inne warunki? – serio, co on ćpał? Może jeszcze jest dilerem? Hm, nie zdziwiłoby mnie to jakoś specjalnie.
- Nie dostaniesz prostytutki.
- Dziękuje. – powiedziałem ze szczerą wdzięcznością.
- Ale proponuje ci męską prostytutkę. Swoją drogą wybacz za tamto. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dziewczyny cię nie interesują. – powiedział dotykając mojego ramienia. Stałem po prostu się na niego gapiąc z miną „what’s the fuck?” A zaraz potem mi się przypomniało jakie plotki krążą na mój temat.
- Byłem wczoraj na kolacji z Vanessą.
- Wiem, geje lubią się przyjaźnić z dziewczynami. W pełni to rozumiem. – kiwnął głową.
- Ale to była romantyczna kolacja. – sprostowałem.
- Ukrywasz się jeszcze? Stary, cala okolica o tobie wie. Możesz już wyjść z szafy. – powiedział ze śmiechem.
- Nie ukrywam się. Nigdy się nie ukrywałem, bo nie miałem co ukrywać. Lubię dziewczyny.
- Rozumiem, że rodzice to wmawiali ci tak długo, że aż sam w to uwierzyłeś, co? Biedaku. Nie martw się. Ja pomogę wyjść na światło dzienne twojej prawdziwej orientacji.
- W niczym mi nie pomożesz. Żegnam. – powiedziałem zamykając mu drzwi przed nosem. Zachowałem się trochę jak dupek, ale jestem pewien, że Steve się nie pogniewał.
- Homo mają te swoje humorki! W pełni to rozumiem stary! – krzyczał jeszcze, ale starałem się go nie słuchać. Już chyba straciłem ochotę na nagrywanie coveru. Moi fani będą jeszcze musieli poczekać.
Oczami Vanessy:
- No i jak było? – dopytywała się Victoria, gdy znalazłyśmy się w jej pokoju. – Opowiadaj! – usiadła podekscytowana na łóżku, a ja zajęłam miejsce obok niej.
- Okey. Zacznę od początku, a więc…

*Randka*
Byłam tak bardzo podekscytowana randką z Harrym, że miałam wrażenie, że zaraz mnie rozsadzi jakaś wewnętrzna bomba! Nie mogłam uwierzyć, że największy przystojniak w okolicy nie dosz, że nie okazał się być gejem, to w dodatku zaprosił mnie na randkę! Warto było zmusić Rodricka do mojego nie cnego planu, chodź mam dziwne uczucie, że nie byłam mu dostatecznie wdzięczna. W końcu nie każdy zdecydowałby się na takie coś. Czy mnie właśnie dosięgły wyrzuty sumienia? Nie doczekanie. Kolejne dziwne uczucie. Oby to nie zmieniło mojego charakteru, który tak bardzo kocham i nie miałabym serca się z nim rozstać. Wracając do mojej ekscytacji: nałożyłam na siebie dość sporo makijażu, zaczynając od mocno podkreślonych oczu, a kończąc na czerwonej szmince. Potem włożyłam moją najlepszą czerwoną sukienkę, a do tego czarne szpilki na wysokim obcasie. Włosy zakręciłam na lokówkę i tak oto wyglądając (skromnie powiem, że jak gwiazda filmowa), zeszłam na dół, gdzie czekał na mnie Harry we własnej osobie, wyglądając niczym James Bond. Podał mi nawet dłoń, a ja ją chwyciłam i uśmiechnęłam się do niego.
- Wyglądasz oszałamiająco. – powiedział.
- Wiem. – odparłam skromnie. Potem wyszliśmy przed dom, gdzie czekała na nas limuzyna! Harry Styles zamówił dla mnie limuzynę? Nie wierzę! Chciałam krzyczeć jak nastolatka, która zobaczyła swojego idola, ale nie wypadłabym dobrze, więc resztkami sił się powstrzymałam. Udawałam, że to nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Szofer otworzył nam drzwiczki i tak oto znaleźliśmy się w środku.

*Teraźniejszość*
- Naprawdę zamówił limuzynę? – przerwała mi Victoria.
- Tak. Prawdziwą limuzynę. – powiedziałam z uśmiechem, gdyż przypomniałam sobie ten moment. Był magiczny.
- I zrobiła na tobie wrażenie limuzyna? Myślałam, że nawet gdyby zamówił helikopter, który miałby was zawieść na tą randkę, to pozostałabyś nie wzruszona.
- Widzisz. Możesz mnie zobaczyć z innej strony.
- Tej bardziej ludzkiej. – dorzuciła śmiejąc się, a ja walnęłam ją poduszką, ledwo powstrzymując śmiech. 
- A więc kontynuując…

*Randka*
Gdy w końcu znaleźliśmy się w restauracji, starałam się udawać, że wysiadając z limuzyny nic nie zaszło (tak, tak Vanessa Malik potknęła się i o mało nie upadła, ale dżentelmeński Harry Styles ją złapał). Zajęliśmy stolik pod oknem na którym stał wazon z czerwonymi różami. Poczułam się jak prawdziwa księżniczka.
- Coraz bardziej mi się podoba ta randka. – powiedziałam posyłając mu lekki uśmiech.
- Wiesz, dla wyjątkowej dziewczyny, wyjątkowa randka. – odpowiedział, czym nabił sobie u mnie dużego plusa.
- Myślałam, że ktoś taki jak ty zabierze mnie do baru ze striptizem. – roześmiałam się.
- Zabrałem już tam Eleanor. Teraz mi się źle kojarzą. – wyznał. – Więc co zamawiasz?
Otworzyłam kartkę z menu zastanawiając się co powinnam przy nim zamówić? Sałatkę? Hm, nie. Nie chce aby pomyślał, że jestem jakąś laską, która obsesyjnie dba o swoją figurę. Kurczak? Odpada, kategorycznie. Pomyśli, że mam obsesję na punkcie mięsa, albo co gorsza, że nie dbam o swoją figurę i wszystko mi jedno co jem! Hm, homar brzmi dobrze.
- Homara. – powiedziałam w końcu.
- Brr, homar. – wzdrygnął się. – Nienawidzę homarów. Ja zamówię kurczaka. Brzmi wyśmienicie. – powiedział do kelnera, który stał obok nas i czekał cierpliwie na zamówienie. No genialnie! Mogłam wziąć kurczaka spokojnie, teraz będę musiała zadowolić się jakimś homarem, którego nigdy nie jadłam i którego nawet nie mam pojęcia jak jeść. Tak to jest gdy chcesz zaimponować chłopakowi.
- Vanessa? Vanessa Malik? No nie wierzę!
Otworzyłam szeroko oczy słysząc ten głos. To nie może być prawda i nie jest, racja? To nie on, to nie… jasna cholera! Odwróciłam się widząc Coopera Wilsona, czyli innymi słowy mojego byłego o ile można go tak nazwać.
- Heej. – powiedziałam ze sztucznym uśmiechem, wstając i witając się z nim całusem w policzek. – Co ty tu robisz? Ktoś chciał się z tobą w ogóle umówić?
Cooper roześmiał się głośno. Zbyt głośno.
- Vanessa i jej „poczucie humoru”. – powiedział w stronę Harry’ego. – Przyszedłem z Melissą. Tam jest. – wskazał palcem na znudzoną dziewczynę, która czekała zapewne na swojego chłopaka, który postanowił zatrzymać się obok naszego stolika.
- Może dotrzymasz jej więc towarzystwa? – spytałam wspaniałomyślnie, myśląc „Idź. Już. Stąd.”
- Myślę, że nie pogniewa się jeśli trochę z wami porozmawiam. W końcu to nie codzienność spotkać swoją byłą w restauracji. Ile to już lat się nie widzieliśmy? 3 czy 4? – mówiąc to wziął krzesełko z sąsiedniego stolika i dosiadł się do nas.
- Chyba 3. – odpowiedziałam. – Cooper, Melissa chyba naprawdę się nie cierpliwi.
- Melissa! – krzyknął w jej stronę, a ja miałam ochotę się schować pod stół. Jezu, co za idiota. – Niecierpliwisz się?!
- Nie, skarbie, jest okej. – powiedziała dziewczyna i nie trudno było wyczuć ironię w jej tonie. Jednak Cooper najwyraźniej miał z tym problem.
- Widzisz? Jest okej. – uśmiechnął się w moją stronę. – Wypiękniałaś od ostatniego razu. Miałaś wtedy krótsze włosy i inny kolor oczu, chyba… - mówiąc to przyjrzał im się.
- Nie, wiesz Cooper? Właściwie to miałam operację oczu. Wymienili mi gałki oczne, gdyż nie byłam z nich zadowolona. – powiedziałam uśmiechając się sztucznie. Cooper wybuchnął głośnym śmiechem.
- Kocham jej poczucie humoru. – powiedział do Harry’ego. Zaraz, zaraz jego dziewczyna siedzi przy tamtym stoliku, samotna, a on siedzi obok swojej byłej i mówi, że kocha jej poczucie humoru? Coś mi tu nie gra, chyba, że… no way! On chyba nie ma w planach powrotu do mnie, prawda? Musiałabym go kopnąć w tyłek, ponieważ aktualnie myślę tylko o Harrym.
- Tak, ja też. Nie za dużo martini stary? – odpowiedział Harry upijając tym samym łyk wina. Mogłabym się rozpłynąć patrząc na niego. Jest taki piękny.
- Jestem pewien, że nie. – powiedział na to Cooper. – Doceniaj ją, stary. To naprawdę fantastyczna dziewczyna, a w łóżku istna diablica. Miałeś okazję wypróbować? Cóż, po twojej zdziwionej minie widzę, że jeszcze nie. Swoją drogą to dziwne, Vanessa najdłużej wytrzymała bez seksu 2 tygodnie. Ma jakiś nowy post czy może jej wybranek jest prawiczkiem, który wstrzymuje się od tego? Jeszcze jest inna możliwość, ktoś mógł jej zapłacić za wstrzemięźliwość. – roześmiał się po tych słowach głośno.
- Dość, Cooper. – powiedziałam ostrym tonem. – Po za tym czy to nie twoja dziewczyna właśnie wychodzi z restauracji? – spytałam udając, że Melissa cokolwiek mnie obchodzi.
- Cholera. Masz rację. – mówiąc to wstał i rzucił na od chodne. – Powodzenia, stary. I nie wstrzymuj się zbyt długo jeżeli chcesz ją przy sobie zatrzymać. – uśmiechnął się i pobiegł za swoją dziewczyną. Ja i Harry siedzieliśmy jeszcze długo w ciszy zastanawiając się co się kurwa właśnie wydarzyło? Nie dziwne, że ja i Cooper już nie jesteśmy razem, chodź łączyło nas głównie łóżko. Randka z Harrym jest chyba pierwszą w moim życiu, hm cholera, jeszcze żaden chłopak nie zaprosił mnie na randkę (nie licząc Rodricka, którego zmusiłam do tego). Każdemu zależało tylko na seksie, podobnie jak mnie (chodź mi się wydawało) może tak naprawdę miałam nadzieje, że chociaż jeden z tych napaleńców zabierze mnie na randkę? Dobry Boże.
- Czyli krótko mówiąc łączył was tylko seks? – odezwał się nagle Harry. Drgnęłam.
- Krótko mówiąc tak. – odpowiedziałam z zawstydzeniem, co coraz częściej mi się zdarza.
- Okej. – powiedział kiwając głową. – Mam jednak nadzieje, że to traktujesz trochę bardziej poważnie?
- Oczywiście, że tak! – powiedziałam szybko, lekko podniesionym tonem. – Jak mogłeś pomyśleć inaczej? – nagle przypomniałam sobie, że Logan nie może się o nas dowiedzieć, ponieważ wspólne noce przejdą do historii.
- Chciałem się upewnić. – rzekł uśmiechając się.
- Ale jest jedna malutka sprawa… - zaczęłam przygryzając wargę. – Nie pomyśl, że nie traktuje cię poważnie, ale czy możesz nikomu nie mówić o tym, że się umawiamy? Oczywiście nie licząc Eleanor. Jej możesz nawet wykrzyczeć pod domem, że byliśmy na randce. – roześmiałam się w zdenerwowaniu.
- A dlaczego?
- Mam swoje powody, które są bardzo ważne. Uwierz mi. Przynajmniej na razie i chodzi, abyś nie rozpowiadał tylko o tej jednej jedynej randce, zgoda? Proszę? – spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem. Jeśli ma serce zgodzi się.
- Zgoda. – kiwnął nieprzekonany głową.

*Teraźniejszość*
- I tak oto przebiegła cała randka. – powiedziałam na zakończenie. – Teraz wiesz dlaczego uważam, ze była dziwna. Najpierw Cooper, potem ja wypaliłam z tym, aby nikomu nie mówił o tym. Mógł pomyśleć, że nie traktuje go poważnie.
- Bo nie traktujesz.
- Oczywiście, że traktuje! Dla niego okłamuje Logana! – odpowiedziałam oburzona.
- Oj Van, Van. Czekam na dzień w którym dorośniesz. – powiedziała ze śmiechem. Rzuciłam jej mordercze spojrzenie. – Dobra! Ja się zbieram. Muszę iść do klubu z Justinem.
- I uśpić budzące się plotki? – powiedziałam z ironią.
- Jak najbardziej. A jak Rodrick sobie radzi po rozstaniu?
- Kiepsko. – rzuciłam.
- Cóż, mam nadzieje, że w miarę szybko się otrząśnie, a ty przestaniesz okłamywać Logana. Nie fajnie jest bawić się uczuciami dwóch chłopaków. – mówiąc to wyszła z pokoju, a ja zmrużyłam oczy. Co ona wie o życiu? Sama żyje w udawanym związku i codziennie okłamuje miliony dziewczyn na całym świecie, które łudzą się, że zabiją Victorię i ożenią się z Justinem, tymczasem trzeba by wybić wszystkich chłopaków na całym świecie i zmusić Jusa, aby zmienił orientację. Tyle roboty!
Oczami Victorii:
Musiałam dzisiaj pojawić się z Justinem w klubie nocnym. Na pewno jacyś fani zrobią nam zdjęcia, więc fanki Jusa będą miały dowód, że jest on w stu procentach heteroseksualnym chłopakiem. Szczerze mówiąc nie znoszę klubów. Cuchą, spoceni ludzie ocierają się o siebie i wszędzie czuć alkoholem. Wolę siedzieć w domu i oglądać Young&Hungry. Tymczasem musiałam się właśnie tutaj zjawić. Justin jak zwykle miał na sobie ciemne okulary, chodź mówiłam mu, że w klubie jest dostatecznie ciemno i może je zdjąć, on jednak stwierdził, że musi zachować „swag”. Wywróciłam oczami i weszłam za nim do pomieszczenia. Już na wstępie miałam ochotę wyjść. Nie mam pojęcia jak moja ciocia może być didżejką w takich miejscach. I jeszcze mówi, że to jedna z najlepszych prac jakie miała. Wiecie, moja ciocia lubi się spóźniać więc wywalili ją z kilku miejsc. A tutaj zawsze pracuje w nocy, więc… nie ma opcji aby zaspała.
- Ale ciacho na dziesiątej. – powiedział. Spojrzałam w tamto miejsce. Rzeczywiście. Chłopak robił wrażenie.
- Masz Rodricka. – przypomniałam mu.
- Już nie, zerwałem z nim, hello.
- Zrobiliście sobie przerwę. On cały czas ma nadzieje, że się zejdziecie. Jeżeli ci na nim nie zależy to odpuść całkowicie.
- Już? Skończyłaś swój „mądry” monolog? – spytał udając, że ziewa.
- Tak jakby.
- Okey, więc idę go poderwać.  – puścił mi oczko i chciał odejść, ale ja go złapałam gwałtownie za ramię.
- Nigdzie nie idziesz, mój drogi. – powiedziałam stanowczo. – Ludzie co chwilę robią tutaj foty. Jak któraś uchwyci ciebie i tamtego przystojniaka jesteś skończony.
- Masz rację. Więc ty jesteś moim jedynym towarzystwem?
- Tak. – potwierdziłam kiwając głową. – Jesteśmy parą, zapomniałeś?
- Cholera. Dlatego nienawidzę chodzić do klubów. Obrzydziłaś mi je. – mruknął zakładając ręce na klatkę piersiową.
- Cóż za przejaw sympatii z twojej strony. – odpowiedziałam ironicznie.
- Chodź chociaż potańczyć. – teraz to on złapał mnie za ramię i pociągnął na parkiet. Musiałam się przepychać przez tłum zapoconych ludzi. Co za ohyda!
                                                                                  ***
Minęły dwie godziny odkąd jesteśmy w klubie, a ja zostawiłam Justina, który tańczył z jakąś dziewczyną i poszłam się czegoś napić. Potem wróciłam sądząc, że nadal tam jest i tańczy, ale mi zniknął z pola widzenia. Poszłam wiec go poszukać w toaletach, przy barze, za barem, ale nic! Kompletnie jakby go wcięło. Postanowiłam więc zostać i poczekać, jednak chłopak nadal nie wracał. Po tym czasie, postanowiłam wrócić sama do domu. Nie ma go? Trudno. Nie będę się sama męczyć w  miejscu w którym nie mam ochoty przebywać. Wyszłam na zewnątrz i… mowę mi odjęło. Bowiem przed wejściem leżał właśnie Justin z butelką wódki w ręce. Był kompletnie pijany!
- Co ty tu robisz? Wszędzie cię szukałam?
- Ta dziewcyna… dziewcyna… - starał się coś powiedzieć, ale bełkotał. – Dała mi trinka i ten trink tziwnie sbakował.
- Drink dziwnie smakował? – zmarszczyłam brwi. – Jezu, ta suka coś ci dosypała. Pewnie narkotyk. – mruknęłam wkurzona. Co za zdzira. Chciała pewnie go przelecieć. – Justin! Musisz wstać. Jedziemy do domu.
- ie gole… sprac de… - bełkotał aż w końcu padł na trawnik. Podbiegłam do niego przerażona i zaczęłam nim potrząsać. Nie ruszał się. Jasna cholera! Padł i pewnie będzie do jutra spał. Jasny gwint. Muszę zadzwonić  po kogoś, aby mi pomógł go zanieść do apartamentu. Wyjęłam więc telefon i wybrałam numer do Vanessy. Odebrała po trzecim sygnale.
- Jak tam imprezka? – zapytała rozbawionym tonem.
- Van, musisz mi pomóc….
- Właśnie mam zamiar malować paznokcie, lepszy jest fioletowy czy czerwony?
- Co? Jezu Van, nie obchodzi mnie to. Potrzebuje twojej pomocy.
- Co tak śmierdzi? O kurwa! Kurczak się przypala! – krzyknęła.
- Robisz kurczaka? – zdziwiłam się. –W każdym razie, musisz mi pomóc! Justin jest pijany.
- Jego problem. Mnie tu się kurczak spalił. Jasna cholera.
- Ale nie rozumiesz, musisz…
- Twój chłopak, twój problem. Muszę zadzwonić na kolacje po chińszczyznę. A tak chciałam pierwszy raz coś zrobić sama…
Rozłączyłam się, wkurzona, że własna przyjaciółka nie chce mi pomóc. Zayn na pewno przyjedzie i razem zaniesiemy Justina do domu. Wybrałam do niego numer i czekałam, aż odbierze.
- Halo? Zayn? Słuchaj, mam problem…
- Ja też. – jęknął. – Szef kazał mi zostać dodatkowe dwie godziny w pracy, wyobrażasz sobie? Nie dosz, że haruje po siedem godzin dziennie to jeszcze muszę zostawać. Jebany dupek.
- Aha, czyli mi nie pomożesz?
- Jak widzisz ugrzęzłem w pracy. Poproś Vanesse.
- Ty tak poważnie?
- Fakt. Zły pomysł.
- Coś wymyślę, dobra cześć. – powiedziałam. Cholera, do kogo mam zadzwonić? Kto mi pomoże? Nie mam zbyt wielu przyjaciół. O wiem! Rodrick! Przecież na pewno nadal kocha Justina, więc jestem pewna, że przyjedzie mi z pomocą.
- Hej Rodrick. – powiedziałam.
- Victoria? Nigdy do mnie nie dzwonisz. – powiedział.
- Ale dzisiaj musiałam. – przyznałam. – Słuchaj, jestem pod klubem „Dirty club” , a przed nim leży kompletnie pijany i nie przytomny Justin. Wiem, że macie przerwę, ale musisz mi pomóc…
- Jezu! Nic mu nie jest? – krzyknął przerażony.
- Nie. Tylko jakaś dziewczyna dosypała mu coś do drinka.
- A to zdzira. – mruknął. – Dobra, zaraz będę.
- Dzięki. – powiedziałam rozłączając się. Wiedziałam, ze Rodrick to dobry chłopak.
                                                                       ***
Po dosłownie 15 minutach przyjechał Rodrick! Wiedziałam, że zależy mu na Justinie. Szkoda tylko, że on zachowuje się jak skończony dupek względem niego. No nic. Problemy sercowe musi odłożyć na bok. Teraz najważniejsze jest, aby doprowadzić Jusa do domu i nie natknąć się na dziennikarzy.
- Gdzie on jest? Gdzie on jest?! – wrzeszczał przerażony Rodrick podbiegając do mnie.
- Tam leży. – wskazałam palcem na zalanego w trzy dupy i naćpanego Justina, który leżał w dziwnej pozycji.
- Moje biedactwo! – Rodrick podszedł do niego i próbował go wziąć na ręce, ale trochę nie udolnie, ponieważ nie mógł go nawet podnieść. Przez moment patrzyłam na jego próby z rozbawieniem, ale w końcu stwierdziłam, że muszę mu pomóc. Podeszłam więc do niego i kazałam mu złapać go pod pachami, a ja wezmę nogi. Tak też zrobiliśmy.
- Niech ja tylko dorwę tą zdzirę, która mu dosypała czegoś do drinka. – powiedział przez zaciśnięte zęby ze złości i z powodu wysiłku.
- Wiesz, ale nikt mu też nie wlewał alkoholu na siłę. – odpowiedziałam dysząc. – Cholera, musiałeś tak daleko zaparkować? – powiedziałam.
- Też jestem na siebie wkurwiony. – odpowiedział. Jeszcze chwila a oboje byśmy padli. Dobrze, że nareszcie doszliśmy do auta.
- Gdzie go wpakować? – zapytałam.
- Do bagażnika. – wypalił szybko.
- Może lepszym pomysłem byłoby tylne siedzenie, co?
- Masz rację. – kiwnął głową. Puściłam więc nogi Justina i otworzyłam drzwiczki, a Rodrick próbował go tam wpakować. Musiałam mu pomóc, więc zaczęłam pchać Rodricka, który zaczął na mnie krzyczeć, że taka pomoc nie jest mu wcale potrzebna. Westchnęłam. Jak woli.
- Dziwne, że nie ma dziennikarzy. – powiedziałam rozglądając się.
- Może nie dostali cynku? – wydyszał zamykając tylne drzwiczki auta za Jusem. – W każdym razie, cieszmy się. – dodał. Rodrick usiadł za kierownicą, a ja na przednim siedzeniu.
- Wiesz, że jeszcze będziemy go musieli wnieść do apartamentu?
- Nie denerwuj mnie, poważnie. – odpowiedział.
- Wybacz. – powiedziałam przygryzając wargę i spojrzałam w lusterku na Justina, który zaczął chrapać. Wywróciłam oczami. To chyba najbardziej zwariowane wyjście do klubu w historii świata!
- Mam prośbę. – zaczął Rodrick.
- Tak?
- Nie mów mu, że pomagałem ci go odwieźć do domu. Nie chce aby myślał, że nadal mi zależy na nim. Chce mu dać czas. – powiedział patrząc na jezdnie, nie na mnie.
- Jasne. – kiwnęłam głową. Miłość jednak potrafi boleć. Coś o tym wiem. Również jestem nieszczęśliwie zakochana…
_______________________________________________________________
Dwoje zakochanych beznadziejnie nieszczęśników haha. Jak Rodrick w magiczny sposób zmieni orientacje to zrobię z nich parę :-), maybe? :) 

Rozdziały pojawią się co 3-4 dni więc to stosunkowo szybko, ale proszę komentujcie bo widzę, że wejścia się zwiększają :)

wtorek, 2 czerwca 2015

Łamacze serc 1x09 I'm not gay!

Oczami Vanessy:
Dzień rozpoczynam od wstania, zrobienia kilku przysiadów (zazwyczaj pięciu), potem idę do łazienki, biorę długi i  orzeźwiający prysznic, nakładam tonik oczyszczający, krem i dopiero wtedy robię makijaż, a na końcu układam fryzurę przy użyciu lakieru do włosów. I tak wyglądając schodzę na dół w szlafroku wmawiając wszystkim, że tak oto wyglądając się budzę. Zdziwieni? Tak, Vanessa Malik też może być nie idealna! Na szczęście nikt nie zna mojej małej tajemnicy. Dzisiejszego dnia, na dole, usłyszałam głośne rozmowy. Zaciekawiona zeszłam tam, a moim oczom ukazało się… pół okolicy w moim domu? Przetarłam oczy zastanawiając się czy dobrze widzę. Pół okolicy? Serio? Przyszli mnie popodziwiać czy co?
- O Van! Dobrze, że jesteś. – pomachała mi Victoria widząc mnie. – Słyszałaś już najnowsze wieści?
- No nie wiem, do naszego domu przyjeżdża Barack Obama, że tylu ludzi jest? – odpowiedziałam.
- Nie, ale ty byłaś w tą sprawę zamieszana, więc jesteśmy ciekawi kiedy zamierzałaś nam powiedzieć. Musiałaś to wiedzieć lub chociaż wyczuć. – ton Vic przybrał formę wyrzutu. Powiedzieć o czym? Mam tyle tajemnic, że nie mam zielonego pojęcia o czym mogłam jej nie wspomnieć.
- Vic, shh. – odezwał się Rodrick. – Pozwól, że ja jej przekaże te niepokojące wieści. – miał tak poważny głos, że zaczęłam się bać. Boże, ktoś umarł? A jeśli Harry? Albo  Zayn? Jezu, serce zaczęło mi walić jak szalone. Muszę poznać prawdę, nawet najgorszą.
- O co chodzi? Jakie wieści? – popatrzyłam na niego pytająco.
- Van, słonko, chodź tutaj. – Rodrick złapał mnie za rękę i zaprowadził w cichsze miejsce. – Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale… - wziął głęboki oddech.
- Ale co? No mów wreszcie! – pogoniłam go zniecierpliwiona.
- Ale według najnowszych plotek Harry jest… - przygryzł wargę.
- Jest?
- Gejem. – dokończył, a ja parsknęłam śmiechem. – Van, wiem, że ci ciężko, ale…
- Rodri, daj spokój. I ty wierzysz tym plotką? Błagam. Wyczułabym. Mam gej radar we krwi. – powiedziałam rozbawionym tonem. – Pamiętasz jak pierwszy raz się spotkaliśmy? Od razu wyczułam, że jesteś gejem.
- Miałem na sobie różowe rurki i czerwoną koszulkę z napisem „Sweet princess”. Każdy by wyczuł, że jestem gejem.
- Fakt. – westchnęłam i zaczęłam intensywnie myśleć. Czy on mógł być? – Skąd te informacje?
- Steve je przyniósł. Zaczął gadać, że Harry nie chciał jego prostytutek bo jest gejem, a przecież każdy korzysta z jego usług i jeszcze nikt komu je zaproponował nie odmówił, chociaż dotąd tylko on korzystał z ich usług, ale o tym już nie wspomniał.
 - Dobra i tylko Steve tak twierdzi?
- Właściwie to teraz już cała okolica. – powiedział chłopak wskazując ruchem głowy na ludzi w naszym salonie. Skierowałam się w tamtą stronę. Muszę znaleźć Steve’a i dowiedzieć się skąd to wie. Może coś tam próbował z nim? Jezu, Steve i Harry? Ten gruby, żałosny i niewyżyty seksualnie Steve z moim Harrym. Nie wierzę. Nie dobrze mi się robi jak o tym pomyślę. Gomezo akurat jadł kiełbasę oglądając telewizje, podczas gdy inni rozmawiali. Wywróciłam oczami na ten widok i łapiąc go za koszulę wyprowadziłam z pomieszczenia.
- Hej, co jest? – oburzył się. – Właśnie pokazywali jak zrobić mielone.
- Skąd wiesz?
- No widziałem w telewizji. – odpowiedział przygryzając kiełbasę.
- Nie o tym mówię! Skąd wiesz, że Harry jest gejem?
- Cała okolica o tym mówi.
- Podobno ty rozsiałeś te plotki.- wytknęłam mu.
- Bo Perrie tak powiedziała. Ja tylko powtarzam jej słowa. Nie mogę pozwolić, by cała okolica żyła w nie wiedzy.
- Perrie? A skąd ona wie? – zdziwiłam się.
- Jej zapytaj, a teraz idę dokończyć oglądać program. W końcu się nie dowiedziałem jak zrobić kotlety.
Boże, jakim on jest idiotą. Nienawidzę gościa. Powinien się wynieść, tylko zakłóca nasz spokój w okolicy, którego na marginesie nigdy nie ma. Perrie, Perrie, Perrie. Ciekawe skąd ona wie?
- O mój boże! Słyszeliście? Harry jest gejem! – krzyknęła Cheri, która stanęła w progu.
- Wiemy. I ci ludzie z salonu też. – odpowiedziałam wskazując na nich palcem. – A ty skąd wiesz?
- Mówili w wiadomościach.
- Co? – pisnęłam.
- Żartuje. – roześmiała się. – Roxy mi powiedziała. Pani Clark  ze spożywczego powiedziała jej.
- Jezu. – westchnęłam. Jak wieści szybko się rozchodzą. Aż wierzyć się nie chce. Muszę znaleźć Perrie. Szkoda, że nie mam pojęcia gdzie mieszka. – Wiesz gdzie jest Perrie? – spytałam ją.
- Widziałam ją po drodze jak szłam. Chyba też tu zmierza. – odpowiedziała Cheri. – Powinnaś przygotować przekąski dla gości. – stwierdziła idąc do salonu. A ja powinnam się ubrać. Mam tylu gości, a ja stoję jak idiotka w szlafroku.
- I co? Jak się trzymasz? – zapytał Rodrick obejmując mnie ramieniem.
- Nie wierzę plotką. – oznajmiłam. – Mogą się mylić. Prawdę zna tylko Harry i to jego zamierzam zapytać. – oznajmiłam dumnie.
- Wiesz, w każdej plotce jest ziarno prawdy, a Harry nie miał dziewczyny odkąd się tu wprowadził.
- Był na dwóch randkach z Eleanor… o mój boże! A co jeśli to ona zrobiła z niego geja? – zaczęłam się zastanawiać. – To bardzo możliwe… Mógł umawiać się ze mną, chociaż nie byłby homo.
- Hej! Homo są fajni. – obruszył się Rodri.
- Ty jesteś fajny. – powiedziałam czule. Wtem drzwi się otworzyły i weszła Perrie, pisząc sms do kogoś. Od razu do niej podeszłam i wyrwałam jej urządzenie z rąk.
- Oddawaj! – krzyknęła.
- Najpierw mi powiesz skąd wiesz o tym, ze Harry jest gejem?
- Nie mogę powiedzieć, bo mnie zabije. – odpowiedziała.
- Kto?
- Eleanor. Cholera. – mruknęła zła. – Powinnam trzymać język za zębami.
- Aha, a więc to Eleanor rozsiewa te plotki, tak?
- To nie są żadne plotki. Harry to jej powiedział w sekrecie. Kazała nikomu nie mówić. No ale spotkałam Steva i tak… wymusił na mnie prawdę. Dobra, nic nie wymuszał. Sama powiedziałam. – westchnęła. – Macie jakieś darmowe przekąski?
- Nie, ale lodówka jest pełna. – odpowiedziałam, a Perrie zadowolona poszła do kuchni. Ja stałam nic nie mówiąc. Zastanawiałam się jaką idiotką byłam, że tego nie wyczułam. Jestem Vanessa Malik, powinnam. A ja co? Starałam się o względy chłopaka u którego nie miałam szans. Byłam załamana. Chciałam się rozpłakać. Dlaczego to zawsze musi przytrafiać się mnie? Może Bóg mnie ukarał za nie chodzenie do kościoła? Albo za przeklinanie do księdza, który próbował mnie namówić na kościół? Naprawdę nie wiem. Czuje się beznadziejnie. Jest mi mega głupio i chce zapaść się pod ziemię. A więc tak czują się ludzie zawstydzeni i upokorzeni, a to ci nowość. – pomyślałam. Vanessa Malik została upokorzona. Fajnie, co? Należało mi się. Mój gej radar mnie zawiódł.
- Myślisz, że to za wcześnie na pytanie czy mogę się z nim zacząć umawiać, skoro ty nie masz szans? – zapytał Rodrick.
- Daj mi spokój. – powiedziałam i uciekłam na górę po czym zamknęłam się na klucz w pokoju. Nie chce z nikim rozmawiać. Życie jest do bani.
Oczami Victorii:
- Co jest? – zapytałam podchodząc do Rodricka, który nie wyglądał za dobrze.
- Chyba przegiąłem. Nie powinienem pytać czy mogę się umówić z Harrym. – odpowiedział. Ma rację, nie powinien.
- Przejdzie jej. A jak ogólnie zniosła tę informację? – dopytywałam.
- Nijak. – wzruszył ramionami. – Kazała mi dać spokój i tyle. – odpowiedział. Przygryzłam wargę. Vanessa nigdy nie została odtrącona. To na pewno jest dla niej nowość, ale chyba nie popełni samobójstwa z tego powodu? Tego się najbardziej bałam. Ona jest szalona i zdolna do wszystkiego kiedy jest zraniona. Harry naprawdę jej się podobał. Mogło z tego być coś więcej, ale jak widać nie było im pisane. Mam tylko nadzieje, że chociaż Zayn jest hetero, w końcu tak długo nie mogę go zdobyć…
- Może sprawdzę co u niej. – postanowiłam i udałam się na górę. Zapukałam do drzwi jej pokoju, ale nie odpowiedziała. Słyszałam tylko szlochanie. Pociągnęłam więc za klamkę. Zamknięte. – Vanessa! Otwórz! – krzyknęłam.
- Odejdź! – odkrzyknęła. – Nie chce nikogo widzieć! Dajcie mi święty spokój! Chce umrzeć!
Serce podeszło mi do gardła. Mam nadzieje, że nie mówi poważnie, racja? To byłoby nie mądre z jej strony i bardzo nie odpowiedzialne, ale Van nie jest ani trochę odpowiedzialna. Jasna cholera! Zbiegłam na dół i poszłam do salonu. Muszę znaleźć Rodricka. Tylko on jest w stanie jej przemówić do rozsądku. Akurat rozmawiał ze Stevem i z czegoś bardzo się śmiał.
- Rodrick! Vanessa chce się zabić, a ty sobie tak spokojnie gadasz z tym alfonsem? – powiedziałam oburzona.
- Hej! – odezwał się Steve.
- Och, daj spokój Steve. Wszyscy wiedzą, że utrzymujesz dziwki.
- Co racja to racja. – powiedział Gomezo.
- Vanessa chce się zabić?! – krzyknął Rodrick, a ja otworzyłam szeroko oczy, bowiem wszyscy to usłyszeli.
- Boże! Ona chce popełnić samobójstwo? – pisnęła przerażona Cheri. – Nie może! Nie pozwalam jej! Jezu. Powiedz, że to nie prawda! – do jej oczu zaczęły napływać łzy.
- W jaki sposób chce to zrobić? – zapytała Roxy.
- Poważnie? – powiedziałam zdegustowana.
- Może pójdę po księdza, co? Da ostatnie nabożeństwo. – odezwał się Niall.
- Ludzie! Musimy ją odwieść od samobójstwa! – krzyknął Rodrick. – Za mną! Na górę!
Otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, ale już ich nie było. Świetnie, naprawdę świetnie Vic. Teraz wszystko totalnie zwaliłaś.
                                                                       ***
Staliśmy grupą pod jej drzwiami i próbowaliśmy ją nakłonić, aby otworzyła drzwi. Ona jednak uparcie twierdziła, że za nic w świecie tego nie zrobi. Boże, a jak umrze z głodu?
- Van! Nie możesz nam tego zrobić! A już na pewno nie mnie! Jesteś dla mnie jak siostra, kocham cię! Inspirujesz mnie do stania się lep… gorszym człowiekiem! Ale za to cię właśnie tak bardzo kocham! Nie zostawiaj mnie, Vanesso Malik! – krzyczał Rodrick klęcząc pod drzwiami.
- Straciłam wszystko! – odkrzyknęła Van.
- Czyli jednorazowy numerek? – mruknęła Roxy, marszcząc brwi. Szturchnęłam ją w ramię. Powinna czasem przystopować ze swoimi złośliwościami.
- Nie! Szansę na miłość! W końcu miałam okazję się zakochać! – powiedziała Van, zapłakanym tonem.
- To może ja pójdę jednak po tego księdza. – stwierdził Niall, ale kategorycznie mu zabroniłam. Żadnego księdza. Damy radę ją przekonać, aby zmieniła zdanie. Na Harrym świat się nie kończy.
- Van, pomożemy ci, ale musisz otworzyć drzwi. – powiedziałam.
- Nikt mi nie jest w stanie pomóc! – krzyczała.
- Podobno samookaleczanie jest dobre do radzenia sobie z bólem. – rzekł w zamyśleniu Louis. Posłałam mu mordercze spojrzenie. – No co? Ja tylko mówię co przeczytałem.
- Narkotyki też są nie złe. – powiedział na to Liam. – Dają taki odlot, że wow!
- Wy tak na serio? – odezwałam się w końcu. – Vanessa naprawdę jest załamana, a dla was to żarty?
- Nie, my naprawdę chcemy pomóc. – powiedział Lou. – Zależy nam na jej życiu seksualnym. – po tych słowach przybił sobie z Liamem piątkę. Wywróciłam oczami. Dzieciaki.
- Vanessa, żyjesz jeszcze? – spytał Rodrick drżącym głosem. Biedny, naprawdę się o nią martwił, cóż się dziwić? To jego jedyna przyjaciółka i rodzina w jednym. Po tym jak stracił Justina jest bardzo samotny.
- Niestety! – krzyknęła chlipiąc.
- To pożyj jeszcze trochę, co? – Rodrick powiedział to tak załamanym tonem, że miałam ochotę go przytulić.
- Zobaczę!
Po dwudziestu minutach, wszyscy siedzieli na podłodze oparci o ścianę. Steve zabrał nam pół jedzenia z lodówki i poszedł do domu. My tymczasem strasznie się nudziliśmy.
- Może zamówię pizze, co? – odezwał się Niall. – Zgłodniałem strasznie.
- Dobry pomysł! Dla mnie z podwójnym serem i pieczarkami. – powiedział Louis.
- O! A ja poproszę z szynką i ananasem. – rzekła Roxy.
- Hej! Co wy wyprawiacie? Vanessa planuje samobójstwo, a wy chcecie zamawiać pizze? Co z wami ludzie? – powiedziałam wściekła.
- No sorry, ale nie będę głodować bo Vanessa nie zaliczyła chłopaka. – odparła Roxy.
- Harry był dla niej ważny. – starałam się jej bronić, chodź wiedziałam, że jestem na straconej pozycji. Wszyscy wiedzieli, że chciała go tylko zaciągnąć do łóżka, oczywiście, prócz samego zainteresowanego.
- Błagam. – mruknęła Roxy. – Jeszcze powiedz, że chciała mieć z nim dzieci, a pierdolnę na zawał.
Chciałam coś odpowiedzieć wrednego, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Ciężko jest bronić kogoś takiego jak Vanessa. Ma tragiczną opinie w mieście i taka jest prawda. Sama sobie na to zapracowała. Nie wiem dlaczego taka jest. Podobno jej ojciec zostawił ją i Zayna, więc może dlatego traktuje mężczyzn tak przedmiotowo? Boi się, że jak komuś zaufa to ją zostawi tak jak jej tata.
- Czyli mam zamawiać tą pizze, czy nie? – dopytał się Niall.
- Dobra! – usłyszeliśmy krzyk Vanessy zza drzwi. – Możecie wejść!
Wszyscy wstaliśmy gwałtownie i zaczęliśmy krzyczeć z radości. Naprawdę, poczułam się jakbyśmy właśnie wygrali Oscara. Magiczna chwila.
- To skoro Vanessie przeszła depresja to może ja i Cheri już pójdziemy. – powiedziała Roxy.
- Hej! Nie chcę! – powiedziała dziewczyna, niczym małe dziecko, które nie ma ochoty iść jeszcze do domu. Ale gdy zobaczyła minę swojej dziewczyny poszła za nią bez dyskutowania.
- To ja może jednak zamówię tą pizze. – powiedział Niall wyjmując telefon.
- Ale nie skończyłam! – rzekła Van. – Tylko Vic i Rodrick. Reszta ma zostać na zewnątrz.
Rodrick posłał mi szeroki uśmiech. Również byłam zadowolona. Poczułam się wyróżniona. Fajne uczucie. Nagle po schodach wszedł Zayn. Nareszcie wrócił z pracy.
- Ominęło mnie coś? – zapytał.
- Nic takiego. – machnął Louis dłonią. – Twoja siostra tylko próbowała popełnić samobójstwo.
- Próbowała co? – krzyknął.
- Nic nie próbowała. – powiedziałam uspokajając go tym samym. Potem razem z Rodrickiem weszliśmy do jej pokoju. Vanessa leżała na łóżku, cała we łzach, a właściwie w zaschniętym tuszu, który się rozlał. Minę miała jakby ktoś jej zastrzelił psa. Wyglądała naprawdę na załamaną. Zrobiło mi się jej żal. Nie wiem co bym zrobiła gdyby okazało się, że straciłam szansę u Zayna.
- Jak się czujesz? – spytałam.
- Jak idiotka. – odpowiedziała. – Dlatego od tak  długiego czasu nie mogłam go zaciągnąć do łóżka… teraz wszystko jasne.
- Słuchaj, to jeszcze nic pewnego. – powiedział nagle Rodrick.
- Jak to? – spytała Van.
- Tak to. Perrie wie to od Eleanor, prawda? Więc może powiedziała jej tak specjalnie, bo wiedziała, że rozniesie tą wieść i dotrze ona w końcu do ciebie. Harry naprawdę wydawał się zauroczony w tobie i jestem pewien, że nie udawał.
Dlaczego Rodrick daje jej złudne nadzieje? To podłe z jego strony.
- Masz rację. Ale jak się dowiedzieć prawdy? Nie wejdę do jego domu i nie spytam go czy jest gejem. Skoro powiedział to Eleanor w sekrecie to na pewno się wyprze. – odpowiedziała Vanessa i zaczęła intensywnie myśleć. – Wiem! – wykrzyknęła zeskakując z łóżka. – Sprawdzisz to. – rzekła patrząc wymownie na Rodricka.
- Jak?
- Uwiedziesz go. – powiedziała podekscytowanym tonem.
- Słucham? – ton Rodricka był przerażony i piskliwy.
- No wybadasz czy jest gejem. Popytasz go o parę rzeczy i zaczniesz z nim flirtować. Jak odpowie na twoje zaloty no to mamy zagadkę rozwiązaną, a jeśli okaże się, że jest jednak hetero to zemszczę się na Eleanor.
- W porządku. Skoro to ma cię odwieść od samobójstwa. – westchnął Rodrick.
Oczami Rodricka:
Miałem poderwać Harry’ego! Poderwać, uwieść, flirtować czy jak tam zwał. Takie polecenie Vanessy, a ja muszę się do tego zastosować, gdyż nienawidzę oglądać jej smutnej i bez życia. To moja jedyna i prawdziwa rodzina. Ojciec wyjechał za granicę i widzę go trzy razy w ciągu roku, chłopak mnie rzucił, a mama, cóż.
Wracając do mojego zadania, czułem jednocześnie przerażenie połączone z ekscytacją. Niby podobał mi się Harry i chętnie bym się z nim umówił, ale nie sądziłem, że pierwszy krok będzie należał do mnie. A co jeśli odwzajemni to? I zechce iść ze mną na randkę? Hm, nie wziąłem tego pod uwagę. Vanessa mnie kategorycznie zabije. Stałem właśnie pod jego drzwiami.
- Dasz radę Rodri. Będę obserwowała wszystko z okna, aha i nie rozłączaj się. Muszę wszystko słyszeć. Chociażby przez telefon. – powiedziała Van.
- Zgoda. – westchnąłem. – Zabawę czas zacząć. – mówiąc to zapukałem do drzwi, a Vanessa poszła się schować za domem. „Dziękuje Rodri, że to dla mnie robisz” „Tak, nie ma sprawy, kochana Vanesso”. Cóż, taki dialog u nas chyba nie przejdzie. Ona nie wie co znaczą słowa dziękuje i przepraszam. Po kilku sekundach drzwi się otworzyły, a ja starałem się przybrać seksowną pozę, tak samo było z tonem mojego głosu. Muszę sprawić, aby zechciał się ze mną umówić.
- Cześć przystojniaku. – powiedziałem puszczając do niego oczko i wszedłem do środka, bez zaproszenia.
- Eee, cześć? – odpowiedział zmieszany, drapiąc się po karku. – Co tam?
- Nic. Muszę mieć powód, aby odwiedzić takiego chłopaka jak ty? – odpowiedziałem starając się, by mój ton był lekki i nonszalancki.
- Nie, oczywiście, że nie, ale myślałem, że nie jesteśmy przyjaciółmi…
- Bo nie jesteśmy. Przynajmniej taką mam nadzieje. – kolejne puszczenie oczka. Chyba za dużo. Powinienem przystopować z tym gestem. – Może masz ochotę na film?
- Jasne, jaki?
- Tajemnica Brokeback Mountain? Mój najlepszy przyjaciel gej? Dom chłopców? Modliwy za Bobby’ego? Zabiłem moją matkę? – wymieniałem wszystkie gejowskie filmy jakie przychodziły mi do głowy.
- Rozumiem, że jesteś gejem i uwierz mi, w pełni to akceptuje, ale wiesz… - urwał raptownie chłopak.
- Aaa łapię. Jeszcze jesteś w szafie, co? – powiedziałem z szerokim uśmiechem. – Wiesz 11 października jest dzień wychodzenia z niej, może wtedy wyskoczysz z szafy niczym dziki tygrys.
- Po co w ogóle wchodzić do tej szafy? – zapytał Harry.
- Zapoznasz się z tym wszystkim, uwierz mi. – dotknąłem jego ramienia. – To tylko kwestia czasu. – starałem się go pocieszyć kiwając głową. – Może usiądźmy na kanapie. – powiedziałem zajmując tam miejsce.
- Ja jednak postoje. – postanowił chłopak.
- Jesteś nieśmiały, co? – uśmiechnąłem się. – Zawstydzam cię, prawda? Pewnie jesteś zaskoczony, że w ogóle zwróciłem na ciebie uwagę. Ale jesteś tacy jak wszyscy, wiesz? Musisz siebie akceptować.
- Ale ja akceptuje siebie, naprawdę.
- Biedny Harry. – pokręciłem głową z politowaniem. – Nauczysz się jeszcze tego wszystkiego. Praktyka czyni mistrza. A my możemy zacząć nawet teraz.
- Co? – jęknął zdezorientowany. Poklepałem miejsce obok siebie.
- No chodź. – próbowałem go przekonać. W końcu Harry nie przekonany zajął miejsce obok mnie. Wpatrywałem się prosto w jego oczy, miał takie cudowne szmaragdowe tęczówki. W tym momencie naprawdę chciałem, aby okazał się być gejem. Cały jest taki piękny i seksowny. Sam nie wiem czy to nieodgadniona rządza czy co, ale wprost rzuciłem się na niego i próbowałem trafić swoimi ustami w jego. Trzymałem go za ramiona, a Harry gwałtownie mnie odepchnął. Wyglądał na przestraszonego. Zszedł szybko z kanapy i zaczął chodzić nerwowo po salonie. Poczułem się rozczarowany. A co jeśli jest gejem, ale nie jestem dla niego odpowiednim chłopakiem? To byłby cios.
- Rodrick ja… nie wiem jak odebrałeś moje zachowanie, ale naprawdę nie miałem zamiaru robić ci nadziei czy coś w tym stylu…
- Nie, absolutnie rozumiem. Wolałbyś innego chłopaka. – mruknąłem.
- Właśnie… co?! – krzyknął. – Rodrick, ja… nie chciałbym żadnego chłopaka. Nie jestem gejem.
Otworzyłem szeroko oczy. Nie jest gejem. O mój boże. A więc wszystko ze mną w porządku, to z nim jest coś nie tak, skoro woli dziewczyny.
- O mój boże! Kocham życie! Jest! – usłyszeliśmy krzyk Vanessy. Jasna cholera. Oby szybko uciekała. Harry zmarszczył brwi i pewnym krokiem podszedł do okna otwierając je.
- Vanessa? – zapytał zaskoczony. – Co ty tu robisz?
- Ja… eee, przechodziłam i wiesz… - jąkała się.
- Podglądałaś nas? Ale po co? – dopytywał się Harry.
- Och, no! Bo cała okolica plotkuje, że jesteś gejem. I myślałam, że to prawda. – powiedziała.
- Nawet chciała się zabić. – za późno ugryzłem się w język, Harry jednak nie zwrócił na to uwagi.
- Ale powiedziałem to Eleanor w sekrecie… no tak, mogłem się domyśleć, że rozpowie wszystkim. – mruknął. – Jak widzisz, nie jestem gejem. A ty wchodź do domu i opowiadaj całą prawdę.
Oczami Vanessy:
Harry nie jest gejem! Czy może być coś piękniejszego? Nie sądzę. Vanessa Malik wróciła do gry! Jestem nie pokonana. Ta suka nie ma ze mną szans w walce o niego. Teraz jednak siedziałam na jego kanapie i musiałam się spowiadać. Czułam się jak na dywaniku u dyrektora.
- No więc? - rzekł Harry, gdy za długo milczałam.
- Chciałam sprawdzić czy jesteś gejem, więc kazałam Rodrickowi cię poderwać. – odpowiedziałam. – Nie wiń mnie za to. Chciałam mieć jasność, czy… czy no wiesz…
- No nie wiem. Oświeć mnie. – odparł ostrym tonem.
- Czy mam u ciebie jakieś szanse. – dokończyłam zdanie.
- I co wywnioskowałaś?
- Że miałam szansę do mojego dzikiego okrzyku. – powiedziałam ze wstydem.
- To było głupie. Mogłaś od razu mnie zapytać, gdy tylko pojawiły się plotki. Nie lubię intryg, gardzę nimi. Nie powinnaś tego robić.
- Wiem. Przyznaje, to było idiotyczne. Ale spróbuj mnie zrozumieć. Umawiasz się z Eleanor, a potem pojawią się plotki, że jesteś gejem, a ja… czuje się odrzucona i nie chciana. To był jedyny sposób. Głupi, ale zawsze.
Harry westchnął. Usiadł obok mnie na kanapie.
- Powiedziałem jej tak, aby dała mi spokój. – przyznał. A ja wpadłam w niekontrolowany śmiech. To drugie najlepsze co dzisiaj dane mi było usłyszeć. Gdy przestałam, spuściłam głowę.
- Wybacz. Ale po co w ogóle się z nią umawiałeś?
- Bo nie mogłem się umówić z osobą, która mi się spodobała odkąd tu przyjechałem. – wyznał.
- O nie! Kolejna szmata? To znaczy: dziewczyna?
- Van… - Harry się roześmiał. – Mówię o tobie, głuptasie. To jak? Pójdziesz ze mną na kolację?
Starałam się powstrzymać uśmiech, który cisnął mi się na usta.
- Muszę się zastanowić. – powiedziałam i wstałam z kanapy. Harry wyglądał tak, jakbym go oblała kubłem zimnej wody. Gdy byłam przy drzwiach, odwróciłam się w jego stronę, mówiąc: - Dobra, zastanowiłam się. Zgadzam się.
Po tych słowach wyszłam z jego domu. To był najgorszy i zarazem najlepszy dzień ever. 
___________________________________________________________________
Jednak wyszło na jaw, że nie jest gejem, nareszcie, haha :-) Ciekawi jak pójdzie randka z Vanessą? 
Mam napisane do 13 odcinka więc nie jest źle ;-) Miejmy nadzieje, że wena mnie nagle nie opuści :)